forum.labradory.org

Znalazły dom - Czedar - wrośnięty powróz, rany po kolczatce... w domu stałym

Ryniu - 05-01-2015, 12:46
Temat postu: Czedar - wrośnięty powróz, rany po kolczatce... w domu stały

CZEDAR


wiek: 1-2 lata
płeć: samiec
maść: biszkoptowa
rodowód/metryka: nie
chip: b.d
sterylizacja/kastracja: tak
miejsce pobytu: DS Lublin


Informacja dla zarejestrowanych użytkowników

Jeżeli jesteś zainteresowany adopcją, prosimy, zapoznaj się z procedurami adopcyjnymi.

Szczegóły znajdziesz tutaj


Kontakt w sprawie adopcji

e-mail: adopcje@labradory.org

telefon:889 856 600 (Małgosia), 607 492 249 (Martyna), 603 240 741 (Monika)

Troszkę o mnie.

Labrador z ranami po kolczatce i wrośniętym w szyję sznurkiem. 
Troszkę o psie (ogólnie):Czedar w domu zachowuje się bardzo spokojnie, nie jest nachalny, delikatnie prosi o pieszczoty, lubi się przytulać, chętnie poddaje się się zabiegom pielęgnacyjnym. Jest cichutki , nie szczeka . Bardzo lubi zabawki a najbardziej pluszowe. Chętnie aportuje piłeczkę. Jest w ogóle bardzo kochanym psiakiem pragnącym towarzystwa i uwagi człowieka. Zachowuje czystość w domu

Stan Zdrowia.

w trakcie leczenia szyi. Czedarek jest grubiutki, waży 41kg, mimo to nie jest łakomczuchem. Uszy i oczy oraz dziąsła zdrowe.

Posłuszeństwo, co w moim wychowaniu poprawić należy.

Czedar ogólnie jest grzecznym psem, ale niestety nie zna podstawowych komend. Nie potraf i chodzic na luźnej smyczy i trochę ciagnie. Widać, że nikt nie próbował go niczego uczyć.

Zachowanie wobec dzieci.

Nie miałam możliwości sprawdzić , ale myślę, że beż najmniejszego problemu, ponieważ nie wykazuje żadnej agresji.

Zachowanie wobec innych psów oraz kotów.

psy: Nie wykazuje żadnej agresji ani wobec rezydentki ani psów spotykanych na spacerze.
koty:  jest nastawiony przyjacielsko, ale jak kotek ucieka to chętnie pobiegnie za nim

Zachowanie podczas transportu

Bardzo chętnie sam wskakuje do samochodu, podczas jazdy leży bardzo grzeczne.

Uwagi

Warunkiem adopcji jest zgoda na wizytę przedadopcyjną wolontariusza, podpisanie umowy adopcyjnej

 


https://www.facebook.com/events/1575653402665119/
Cytat:
Wczoraj wieczorem w schronisku Sonieczkowo znalazł się taki gość... Nikt nie wie skąd się znalazł, było już ciemno i późno, pies nie wykazywał oznak przestrachu, zaniedbania - ot, wpadł w gości. Ale kiedy Gosia z Martą zaczęły psiaka głaskać, serca im zamarły. Myślały na początku, że to kleszcze, tak duże zgrubienia pies miał na szyi. Okazało się, że to blizny i nowe rany.
Właścicielu biszkoptowego labradora - zapraszamy do nas po psiaka. Serdecznie.


malwi186 - 05-01-2015, 13:08

Masakra ]:)
bunia69 - 05-01-2015, 13:08

O matko jedyna
co za skur...............
mu to zrobił :cring: :cring: :cring: :cring:

kamil8406 - 05-01-2015, 13:15

moim zdaniem w takich przypadkach nie powinno się pisać o obrażeniach psa dopóki "właściciel" się po niego nie zgłosi wtedy ma się kogo oskarżyć o znęcanie.
Chelsea - 05-01-2015, 13:56

PILNE!!!
SZUKAMY DOMU TYMCZASOWEGO

donia457 - 05-01-2015, 13:57

kamil8406, to i tak pewnie nie ma znaczenia,bo skoro wlasciciel podrzucil psa to chcial sie jego pozbyć,nie sadze żeby sie zagubil :shy:
Kesja - 05-01-2015, 14:27

Straszne, biedny psiak.. :cring:
Milena - 05-01-2015, 14:29

Straszne...
czy psiak został już objęty opieką weterynaryjną?

Chelsea - 05-01-2015, 14:34

Milena, tak zostanie wykastrowany szukamy dt czas Nas goni chcemy mu pomoc!!!
Madlen - 05-01-2015, 19:24

Pies tak bardzo poraniony, z paskudną jamą na szyi powinien przebywać pod całodobową opieką weterynaryjną... przynajmniej dopóki to "rozdarcie" się choć troszkę nie wygoi :(
Chelsea - 05-01-2015, 19:45

ewentualny transport jest na piatek :)
graża - 05-01-2015, 21:06

Nie no poprostu słów brakuje na takiego bydlaka. Sama bym mu kolczatke założyła i przez las przeciągnela. Muszę się przewietrzyc bo... ]:)
Ewelina - 05-01-2015, 21:22

słów brakuję poprostu :cring:
Jaga1 - 05-01-2015, 21:29

Czy jest już dla niego DT ?
kamil8406 - 05-01-2015, 21:52

Jaga1, na facebooku jest informacja że zgłosiły się dwa DT
Ryniu - 05-01-2015, 22:53

Jaga1, co nie znaczy, że dalej nie szukamy
Chelsea - 08-01-2015, 14:50

Chlopak jutro jedzie na dom tymczasowy :)
Ryniu - 09-01-2015, 16:21

Czedar bo tak mu daliśmy na imię - jedzie właśnie do Domu Tymczasowego w Okolicach Kielc. Będzie tam poddany dalszemu leczeniu. Jest już po kastracji (Wtorek).
anna34 - 09-01-2015, 16:24

Ryniu napisał/a:
Czedar bo tak mu daliśmy na imię - jedzie właśnie do Domu Tymczasowego w Okolicach Kielc

i to jest dobra wiadomośc w tym kiepskim dniu :)

Chelsea - 09-01-2015, 17:04

wiec czekamy na zdjecia ;D
Milena - 09-01-2015, 17:11

Super wieści :haha:
Madlen - 09-01-2015, 18:06

A czy ta jego szyja to już trochę lepiej wygląda?
Trzymam kciuki za chłopaka.

Ewelina - 09-01-2015, 20:58

No to super, teraz już nasz dziurawiec kochany będzie miał tylko życie jak w madrycie, bo przeciez skrzywdzić go już nie damy ;*
Ryniu - 09-01-2015, 21:00

Madlen, oni dopiero jadą z psem do domu. Szyja ładnie, zagojone. :)
Ryniu - 09-01-2015, 21:17

Pierwsze fotki z domu tymczasowego:




anna34 - 09-01-2015, 21:22

Jaki słodziak z misiem ;*
Ewelina - 09-01-2015, 21:42

Jaki on śliczny :*
Ryniu - 09-01-2015, 21:46

Wiadomości z DT
Cytat:
Psiak grzeczny, bardzo lubi sie przytulać. Bardzo lubi zabawki. Cały czas nosi w pyszczku misia i zachęca żeby sie z nim bawić. Do kotów też przyjacielsko nastawiony. Mimo swojej wagi nie wygląda na łakomczucha, bardzo delikatnie bierze smakołyk.
Wygląda na to,że nikt mu nie poświęcał zbyt dużo czasu :(

Chelsea - 10-01-2015, 10:44

Wiesci z dt
Chłopak zdrowy, szyja goi sie ładnie nie ma żadnych stanów zapalnych.
jest bardzo grzeczny, cały czas nosi misia w pysku ;D

Chelsea - 10-01-2015, 10:51

:greedy:



anna34 - 10-01-2015, 11:12

ciekawe co tam ciekawego ogladają :) :)
Madlen - 10-01-2015, 12:15

To raczej taka pozycja startowa do wyjścia :) Czedar juz nawet łapkę wystawił.
Całe szczęście, że rana się goi jak "na psie".

Ewelina - 12-01-2015, 09:26

pozycja na żabę <3
Chelsea - 12-01-2015, 11:19

Czedar :greedy:



Ryniu - 12-01-2015, 11:38

Trzeba być skończonym kretynem aby takiemu psu zrobić taką krzywdę :(
Madlen - 12-01-2015, 12:13

Takiemu czy innemu.... żaden pies nie zasługuje na takie traktowanie.

Za to teraz Czedar ma bardzo ładną miejscówkę, mogłabym powiedzieć "pozazdrościć" ale to byłaby przesada z mojej strony :D

Ewelina - 12-01-2015, 16:52

tylko go kochać ;* i kupować pluszaki :D
Ryniu - 12-01-2015, 20:50

Uaktualniłem opis w pierwszym poście. Ten pies to musi być nagrodą dla najlepszego domku :)
graża - 12-01-2015, 21:12

Ryniu kretyn to mało powiedziane.
Jak dzisiaj na spacerze zwróciłam uwagę facetowi po co mu kolczatka dla labusia to powiedział, że jestem przewrazliwiona, na tak mi ciśnienie podniósł burak jeden tylko w mordę lać :bad:

Ryniu - 13-01-2015, 19:17

Szyjka już prawie jak nowa :)


Anusiax - 13-01-2015, 20:20

Jest cudnym słodziakiem a zdjęcie z pluszakiem to już w ogóle miodzio :greedy: ;*

A ten powróz tam nadal jest? Bo tak to wygląda na zdjęciach jakby sznurek nadal był w tej ranie?

Chelsea - 14-01-2015, 10:17

Taki jestem gosc ;D

Milena - 14-01-2015, 10:19

Cudowny ;*
Ryniu - 14-01-2015, 10:37

Do Czedarka zbliża się domek stały, ale nie zapeszajmy :)
Madlen - 14-01-2015, 11:08

Po cichutku będziemy trzymać łapki za powodzenie, ślicznota :)
anna34 - 14-01-2015, 11:44

Chelsea napisał/a:
Taki jestem gosc

super gościu ;* ;*

Ewelina - 14-01-2015, 16:17

trzymam kciuki za domek :)
Chelsea - 14-01-2015, 17:18

;D

Anusiax - 14-01-2015, 18:05

a co z tym sznurkiem? mogę prosić o odpowiedź? :)
Ryniu - 14-01-2015, 23:27

Anusiax napisał/a:
A ten powróz tam nadal jest? Bo tak to wygląda na zdjęciach jakby sznurek nadal był w tej ranie?

Pies był leczony u weterynarza w Augustowie, teraz chodzi do weterynarza w DT . Jak sobie wyobrażasz, że sznurek dalej tam jest, weterynarz nie zauważył, zlekceważył i on i opiekunowie psa? Pies przeszedł kastracje z zaciśniętym sznurkiem na szyi?Jedynie pierwsze zdjęcie w temacie może to sugerować, ale to była pierwsza wizyta u weta właśnie w tej sprawie. Niestety był mocno zaciśnięty i stąd takie wrażenie.
Anusiax spokojnie, nie martw się wszystko jest ok

Milena - 15-01-2015, 08:04

Ryniu napisał/a:
Do Czedarka zbliża się domek stały, ale nie zapeszajmy


To kibicuję aby się udało :)

Anusiax - 15-01-2015, 08:57

Ryniu napisał/a:
Jak sobie wyobrażasz, że sznurek dalej tam jest, weterynarz nie zauważył, zlekceważył i on i opiekunowie psa? Pies przeszedł kastracje z zaciśniętym sznurkiem na szyi?


Spokojniej troszke, bo nic takiego nie sugerowałam a jedynie zadałam pytanie bo tak to najzwyczajniej w świecie wygląda na zdjęciach.

Trzymam kciuki za nowy domek. :)

Ryniu - 15-01-2015, 18:24

Anusiax, kurde starałem się jak najspokojniej :) Jeśli uraziłem tymi słowami to przepraszam
Chciałem tylko jakoś wytłumaczyć że to raczej nierealne, aby sznurek był dalej

Anusiax - 15-01-2015, 19:30

Ryniu napisał/a:
starałem się jak najspokojniej


Uh to nie chciałabym trafić na Ciebie niespokojnego ;)
Spoko, dziękuję za odpowiedź i przepraszam za głupie dociekanie. Wiem, że robicie dla psiaków wszystko co można najlepiej. ;*

Gocham - 16-01-2015, 13:01

Anusiax, :)
Ryniu - 18-01-2015, 14:52

Bardzo pięknie dziękujemy Pani Basi ze Smogorzowa za wspaniałą opiekę nad Czedarkiem. Aby takich domów tymczasowych z takim uczuciem do tymczasowicza było więcej :) ;*


Zespół koordynatorów adopcji, wolontariusze i administracja Forum/

Joanna O. - 18-01-2015, 15:26

Czyżby Biszkopcik Czedar znalazł Nowy Domek? :confused: :shy:
Ryniu - 18-01-2015, 15:43

Tak, znalazł piękny domek na którego zasłużył :)
Joanna O. - 18-01-2015, 18:55

Ryniu napisał/a:
Tak, znalazł piękny domek na którego zasłużył :)


Bardzo się cieszę.

Wszystkiego najlepszego dla Czedara i Jego Nowych Człowieków w Domku Stałym.

;* dla Czedara i ;* dla DS.

E. Frankiewicz - 19-01-2015, 17:28
Temat postu: Uwaga, Czedarek na pokładzie!!!
Witamy z Maderą i Czedarkiem!!!
Wczoraj o 13:00 nastąpiła godzina zero – nasze pierwsze spotkanie z Czedarem, w DT (skądinąd fantastycznym, Pani Basiu, ogromnie dziękujemy za wszystko najlepsze, co zrobiła Pani dla Czedarka!). ;*
Wchodzimy, Madera tańczy obłędne tango (po 150 km jazdy to nawet nie dziwne…), po czym rozlegają się dwa donośne szczeknięcia, cieńsze (to Melcia) i gruby bas (wiecie o kim mówię?). Potem następuje eksplozja radości – biszkoptowa błyskawica subtelnym kroczkiem ciężkozbrojnego hoplity wybiega z domu i porywa Maderę do szalonego tańca, rozpoczętego zamaszystymi liźnięciami różowych ozorów, a zakończonego wspólną kąpielą w oczku wodnym (podobno były tam rybki…). Uff, kamień z serca! Psy się zapoznały i nawet wyrażają wzajemną sympatię…
Kolejne półtorej godziny to obłędna gonitwa trzech psów po domu (kotek się przezornie nie wtrącał) i nasze próby rozmowy na temat potrzeb i oczekiwań Czedara, przerywane, li i jedynie, hamowaniem psich zapędów do rujnowania domu. :-P
O 14:30, żegnani smutnym pysiem Meli i łzami Pani Basi wyjeżdżamy z Czedarem w kierunku Lublina. Dwu – i pół godzinna podróż minęła spokojnie, drobne zapasy w stylu wolnym na tylnym siedzeniu są bowiem niegodne wzmianki.
O 17:00 docieramy do domu z dwoma wściekle głodnymi labradorami, więc pierwszym bojowym zadaniem było naszykowanie dwóch psich misek oraz zaniesienie ich do psiej jadalni tak, aby nie zostać stratowanym (i tu melduję – żyjemy – i nawet nic nie mamy złamanego!!!) :beated: . Michy zostają pożarte w kilka sekund, odbywamy pierwszy spacerek po naszej wsi, Czedarek wymienił kilka dość głośnych poglądów z sąsiedzkimi Burkami, Reksiami i Azorkami, w międzyczasie Maderka usiłowała bliżej zapoznać się z sąsiedzkim kotem, ale ten ostatni chęci do współpracy nie wyrażał…
Po powrocie do domu rozpoczął się psi wrestling, kradzieże zabawek naszego syna, piłek córki i żarcia kocicy (ta ostatnia bardzo dobitnie wyraziła swoją dezaprobatę, krew kapała mi z ręki do rana, mam też soczystego siniaka, nawet nie sądziłam, że nasza kota potrafi tak znokautować taką herod – babę jak ja… :( ). Psie zapasy zakończyły się o 3 nad ranem, kiedy to Czedar czule przytulił się do mojego boku swoimi 40 kg sapiąco – dyszącego, słodkiego ciężaru, detronizując Maderę, której przypadło miejsce na moich nogach (dla moich nóg to może i lepiej, Mada waży tylko 27 kg). Rano o 8 poczułam co to znaczy czuć się jak sardynka w puszce… :D
Dzisiaj ponownie zwiedzaliśmy z Czedarem okolice, Madera przy okazji spacerku zrobiła z biszkoptowego labradora niedźwiedzia brunatnego, Czedar zaś zrobił z brązowej labradorki labradorkę błotną, porośniętą liśćmi oraz innymi bogactwami naturalnymi w modnych kolorach ziemi... ;D
Czedar zaliczył też już pierwszą wizytę u weterynarza, jest zdrowiutki, ma lekką nadwagę, a chwilowo naczelnym problemem jest jego gojąca się szyja oraz grzybek w uszkach (już leczymy). Poza tym jest cudownym psem i zamieszkał w naszych sercach!!! Jutro opiszemy co u nas więcej. Pozdrawiamy w psio – ludzkim komplecie.

Ewelina - 19-01-2015, 18:45

wspaniale, ogromnie się cieszę, życzę Wam wszystkiego najlepszego :)
E. Frankiewicz - 19-01-2015, 19:37

Dziękujemy! :haha:
Ryniu - 19-01-2015, 19:43

E. Frankiewicz, dziękuje za zalogowanie i wieści ;*
aganica - 19-01-2015, 22:10

No dobra...dobra..relacja - rewelacja ale... gdzie fotencje ? hmmmm?
E. Frankiewicz - 19-01-2015, 23:25

Nie umiem dodać fotek, bo mi się, kurka, rozmiar nie zgadza... ]:) Ja jestem łajza komputerowa... Wysłałam pierwsze fotki na adres adopcje.labradory.org, bardzo proszę o wstawienie... Może Wam się uda... :<
Ryniu - 20-01-2015, 00:14

Coś za szybko poruszają się modele :)













aganica - 20-01-2015, 07:51

Ryniu napisał/a:
Coś za szybko poruszają się modele
:D :D :D
Bo muszą się...sobą nacieszyć, kiedyś im przejdzie :-P Uwielbiam takie zgrane dueciki,
Wyglądają jak kawowo-mleczna czekolada :D

Chelsea - 20-01-2015, 08:43

;D
Ewelina - 20-01-2015, 11:01

ale u was wesoło teraz :haha: i to najmniejsze jakie pocieszne ;*
Milena - 20-01-2015, 11:03

Rozkosznie :haha:
Marta_Siedlce - 20-01-2015, 20:45

bardzo się cieszę, że Czedar trafił do dobrego domku! ;* ;*
E. Frankiewicz - 21-01-2015, 12:31

Dziękujemy wszystkim za dobre słowa! :)

Czedarek już się zadomowił, z Maderą szaleją non stop (z drobnymi przerwami), próbują wzajemnie zająć miejsce samca alfa, jak na razie Czedar wygrywa gabarytami, a Mada zwinnością, więc są na remis. W nocy Mada śpi w naszym łóżku, Czedar zaś wybrał sobie spanie z naszą 8-letnią córą (i dobrze im razem). Apetyty piesom dopisują, micha znika w kilka sekund, ale Czedar Madowej michy nie rusza, natomiast ona zawsze musi sprawdzić, czy u niego coś nie zostało... ;D Jedynie nasz roczny synuś parokrotnie został zepchnięty z zamierzonej trasy, bo kiedy Mada z Czedarem szaleją, to świat dla nich nie istnieje... :beated:

anna34 - 21-01-2015, 12:38

E. Frankiewicz napisał/a:
Jedynie nasz roczny synuś parokrotnie został zepchnięty z zamierzonej trasy, bo kiedy Mada z Czedarem szaleją, to świat dla nich nie istnieje...

Mam nadzieje,że małemu krzywda się przez to nie stała :) i że szybko im wybaczył :-P

Ewelina - 21-01-2015, 21:53

no tak labradory jeszcze dwa i cały świat wywraca się do góry nogami. Mały musi teraz szybko urosnąć :D
Milena - 22-01-2015, 09:29

E. Frankiewicz napisał/a:
kiedy Mada z Czedarem szaleją, to świat dla nich nie istnieje...


Uroki labów... ;)
Fajnie, że Czedarek szybko się zadomawia, dobrze trafił :)

Nelka - 24-01-2015, 12:25

Cieszymy się że kolejny labuś znalazł taki super domek :haha: życzymy samych tak radosnych dni ;*
E. Frankiewicz - 24-01-2015, 20:25

Czedarek ma się świetnie, tylko grzyb z uszu nie chce uciekać, prawdopodobnie trzeba będzie antybiotyk ogólny, bo douszny nie wystarczy, w poniedziałek kontrola u weta i decyzja. Zadomowił się już całkiem, gruchają z Maderką jak dwa gołąbki (raz ona go gruchnie, raz on ją... :D ). Mada też się pochorowała, ale ona na żołądek, dostali z Czedusiem po czyściku do zębisków, Czediemu nic, a Mada ma sr...kę kosmiczną... :cring: Wet dzisiaj włączył jej antybiotyk, bo nifuroxazyd nie dał temu rady. Ale Madusia ma w ogóle ogromne problemy z jelitami, byle co wystarczy, żeby były rewolucje... Skutki otrucia, psiakrew!!! :cring:
aganica - 24-01-2015, 21:41

E. Frankiewicz napisał/a:
po czyściku do zębisków, Czediemu nic, a Mada ma sr...kę kosmiczną.
Moje zawsze... po tym świństwie mają mega biegaczkę.
E. Frankiewicz - 24-01-2015, 21:42


E. Frankiewicz - 24-01-2015, 21:45

aganica napisał/a:
E. Frankiewicz napisał/a:
po czyściku do zębisków, Czediemu nic, a Mada ma sr...kę kosmiczną.
Moje zawsze... po tym świństwie mają mega biegaczkę.


Madera ma biegunkę nawet po zbyt drastycznie zwiększonej porcji jedzenia!!! :cring: Wszystko to jest skutkiem zatrucia (sąsiad teściowej w październiku otruł 9 psów mięsem polanym trutką na szczury!!! Mada jedyna żyje!!!), ale kosmki jelitowej zostały tak uszkodzone, że do końca życia będzie się to za psiną wlokło... :cring:

Ryniu - 24-01-2015, 21:48

Dużo zdrówka dla psiaków ;*
E. Frankiewicz - 30-01-2015, 22:35

Ostatni tydzień minął nam pod znakiem siarczystej sraczki – najpierw powaliło Maderę, po czyściku do ząbków (czyścik to owszem, ale raczej do jelit…), a od przedwczoraj Czedarek zasrywa nam nasz tzw. ogródek. :cring: Wczoraj trafiliśmy do weterynarza, okazało się, że w brzuszku Czedarowi się mocno przelewa, ale brzusio miękki, niebolesny, pan dr nie chciał się znęcać nad pieskiem zastrzykami (albo chciał się nas na dłużej pozbyć, bo Czedi dał pokaz w klinice…), dostaliśmy tabletki antysraczkowe i zobaczymy. Uszka lepsze, grzyba już nie ma, ale leczenie kropelkami kontynuujemy jeszcze przez tydzień. Czedar schudł kilogram (biegi z Madą działają), apetycik dopisuje obu piesom (sraczka nie wpłynęła na postawę „no kiedy dacie mi jeść?!”), chęć do zabawy trwa, zapasy, przeciąganie liny, biegi przełajowe – te wszystkie dyscypliny sportowe psy uprawiają z zacięciem godnym lepszej sprawy.
Wydaje się, że Czedar już się całkowicie zadomowił. Jest zazdrośnikiem o finezji słonia w składzie porcelany, jeśli tylko biorę na ręce synka, przytulam córcię lub głaszczę Madę, Czedi zasuwa mnie „bykiem”, odpycha wszelkie przeszkody i sam podkłada się do głasiania. :haha: Na dworze cierpią jedynie nasze tuje i świerki, z zapałem podlewane przez Czedusia i wgniatane w ziemię podczas psich zapasów. Nasza kotka się na nas obraziła, wcale do domu nie wchodzi, z daleka parskając i plując na psy, z sąsiedzkim kundelkiem, wielkim amantem Mady (który miał być spanielem, ale mu nie wyszło…), Czedar żyje w zgodzie, natomiast pozostałe psy i koty ostro obszczekuje. W domu szczeka tylko wtedy, kiedy domaga się, aby zwrócić na niego uwagę. Wszelkie suczki kocha miłością nadziemską, nie zawsze z wzajemnością…
Wczoraj podczas wizyty u weta Czedi pokazał co potrafi. :bad: Ponieważ poczekalnia była pełna psich, kocich i króliczych pacjentów, Czedar wszedł z łomotem, donośnym głosem oznajmił: „Wszedłem!!!”, po czym wyszczerzył się do najbliższego piesa (może miał to być w zamyśle Czedusia życzliwy uśmiech, ale kumpel nie poznał się na wyrazach sympatii i zawarczał). Od tej chwili w poczekalni zapanowało piekło – wszystkie koty zaczęły prychać, psy szczekać, jedynie króliki rozsądnie się nie wtrącały, lekarze powylatywali z gabinetów, a pani recepcjonistka straciła głowę i nie wiedziała od kogo zaczynać interwencję… Pewna korzyść jednak z tego była – Czeduś został przyjęty w pierwszej kolejności, wzbudzając, tak swoją drogą, serdeczną sympatię pana doktora, jak również moje westchnienie ulgi, bo utrzymanie 40 kg laba, który szaleje, szczeka, piszczy i skacze na wszystko i wszystkich jest cokolwieczek skomplikowane (ową komplikację czuję w rękach i w krzyżu)… Pan dr okiem chirurga popatrzył na Czedarową szyję, powiedział, że goi się ładnie, ale blizny zostaną na całe życie, zaproponował zrobienie krzywdy temu, kto tak z Czedarem postąpił ]:) (wróciliśmy w tym momencie do średniowiecznych metod ucinania ręki, nogi oraz uszu), po czym stwierdził, że Czeduś jest pięknym, dorodnym labem. Czedi został wygłaskany, wyczochrany za uszami i po dupci (okazuje się, że to też lubi bardzo), i zaproszony na kolejną wizytę już bez sraczki…
Po powrocie do domu stęskniony Czedar oblizał Maderę tak skutecznie, że była mokrusieńka, zaś Mada zaczęła mu czule wygryzać hipotetyczne pchełki. :heart: Potem dwa głodne psy dostały michy wraz z lekami i czule przytulone padły, od czasu do czasu jedynie rozpychając się w poszukiwaniu wygodniejszej pozycji. Wygląda na to, że jest im razem dobrze… Pozdrawiamy.

Anusiax - 31-01-2015, 08:00

Relacja z poczekalni znakomicie opisana :D Normalnie jakbym tam była :D
Życzymy zdrówka Czedarowi i wszystkim jego współmieszkańcom :) ;*

Marta_Siedlce - 31-01-2015, 08:18

bajecznie opisane :D Czedi! szczęśliwy domek już masz, wiec tylko duużo zdrówka życzę!! ;*
Ryniu - 31-01-2015, 08:50

Pani Ewo uwielbiam czytać takie teksty. Proponuje bloga :) - będzie rozchwytywany :)
Monisiaczek - 31-01-2015, 14:47

Akcja u weta - jakbym widziała Skippera :D
Dużo zdrówka dla "zasrańców" ;D

E. Frankiewicz - 01-02-2015, 22:07

Dziękujemy wszystkim za ciepłe słowa i miłe komentarze. ;* Bardzo mi miło, że mój opis Czedusiowej wizyty u weta tak się spodobał. Ale blog to chyba raczej dla mnie za wysokie progi... :<

Dzisiaj po raz pierwszy jestem stuprocentowo pewna, że Czedar się u nas zadomowił. Po harcach z Madą przywalił się jak niedźwiadek do moich stóp, a po chwili wywalił się „do góry kołami” i tak spał przez dłuższy czas. Cieszę się, bo wiem, że jest mu u nas dobrze (nie ma to jak skromność… :D ). Sraczkę leczymy nadal (u Maderki już się skończyła, oby na dłużej), kupa Czedarowa nadal jest luźna, ale już opanowaliśmy częstotliwość, generalnie jest coraz lepiej.
Okazało się też, że naszym psom wcale nie potrzebne są gryzaczki, wczoraj w nocy odkryły stary i dziurawy wąż ogrodowy (specjalnie kazałam mężowi się go nie pozbywać, licząc na to, że Mada będzie mieć rozrywkę). Do tej pory Madera wąż miała w nosie, wolała kopanie dołków i polowanie na ptaki (poluje jak rasowa kocica, a jak widzi ptaszka siedzącego gdzieś na drzewie, to siada pod nim, zaczyna hipnotyzować go wzrokiem i oblizywać się co kilka sekund, śmiejemy się, że zaklina „spadnij mi w zęby, spadnij mi w zęby”). Odkąd pojawił się Czedi, i odkrył ów wąż, psy mają taką rozrywkę, że do domu ich spędzić nie można (aczkolwiek wąż z jednego zrobił się w 10 kawałkach…).
Odkryłam też u Czediego mało fajny objaw – okazuje się, że kiedy je (a konkretnie kiedy w misce jest mięso), to nie wolno się zbliżać za blisko, bo warczy i próbuje kłapać paszczą, kiedy już mięso zje i zostaje mu do pożarcia sam ryż, to się przestaje denerwować. Czy ktoś mógłby mi podpowiedzieć jak powinnam reagować na takie zachowanie? Z góry dziękuję.

Pozdrawiamy i przesyłamy radosne merdnięcia dwoma ogonami. :)

Ryniu - 02-02-2015, 10:33

E. Frankiewicz, w sprawie bronienia zasobów przez Czedara zadzwonię do Ciebie.
E. Frankiewicz - 02-02-2015, 11:25

Ryniu, dziękuję! :)

Tak w ogóle to witamy w ten mroźny dzień. Ja trzęsę się z zimna, a nasze psiury co chwilę domagają się wypuszczenia na dwór, celem tarzania się w resztkach śniegu. Mrozik chwycił wczoraj wieczorem, niestety, nieszczęśliwie dla mnie, okazało się bowiem, że nasz ostatni spacerek o 23, w moim przekonaniu i planie krótki, przedłużył się do minut 60, psiaki bowiem poczuły zew natury i rozszalały się tak, jak rzadko kiedy. :bad:
Najpierw Czedar dopadł resztek ogrodowego węża, co było dla Mady nieomylnym sygnałem do natychmiastowej pogoni. Po 3 okrążeniu garażu Czedarowy zapał do biegania sklęsł, wąż wypadł mu z ziejącej paszczy, a Czeduś chlapnął w śnieg jak rozgnieciona żaba. :haha: Wtedy rozczarowana Madziora porzuciła węża również i ruszyła na obchód działki w poszukiwaniu jakiejś ciekawostki. Kilka minut później z triumfem dopadła wymęczonej tenisowej piłki, drażniąc Czediego jej widokiem i podtykając mu pod mordkę rozwartą paszczę z piłką. Na takie dictum Czedar nie miał wyjścia – zakończył czynności leniwca i krokiem ciężkozbrojnego hoplity pocwałował z tętentem za Madą. :-P
Maderce wydawało się, że jak zwykle zwieje Czedarowi bez kłopotu, zazwyczaj bowiem uniki w ostatniej chwili sprawdzały się bez pudła. Niestety, wczorajsze zimno sprawiło, że Mada się zawiodła w swoich obliczeniach. Kiedy bowiem z rozpędem wpadła na podjazd do garażu, chcąc zrobić standardowy unik, okazało się, że rozjechały jej się łapy na lodzie. I nagle wykręciła potrójnego Axla połączonego z piruetem Biellmann ze zmianą nogi, gubiąc pod drodze piłkę!!! :cring:
Na to tylko czyhał Czeduś – z łomotem czołgu T – 34 wpadł na podjazd, ślizgiem porwał piłkę w zęby i nagle huknął łepetyną o drzwi garażowe aż zadzwoniło. :cring: Psisko chyba gwiazdy zobaczył, bo podniósł się chwiejnym krokiem, ostentacyjnie warknął na piłkę, która przyczyniła mu takich kłopotów, po czym omijając ją starannie, krokiem „geriatrycznym” ruszył w kierunku domu. Wszedł do domu, obrażony na cały świat (w ramach obrazy jednak nie zrezygnował ze zwyczajowego smakołyka…), klapnął z hukiem na kanapę i do 7 rano udawał, że psa nie ma…
Madera próbowała Czediemu poprawić humor, ale prychnął na nią ostentacyjnie, wskutek czego zrejterowała i zaczęła uprawiać niszczycielską działalność na tarasie, chcąc dostać się do kociej kolacji (bo kocica w ramach prostestu przeciwko dwóm już psom w domu życzy sobie jeść na zewnątrz… ]:) ). Niestety, kocia kolacja była po pierwsze już zjedzona, po drugie za wysoko, rozczarowana panienka wróciła więc do domu równie nadęta jak Czedar (smakołykiem także nie wzgardzając), walnęła nosem w naszą pościel i również poszła spać, puszczając nam jedynie co jakiś czas zażywanego bąka (to chyba ten brak kociej kolacji w diecie…?) :D
Tym sposobem zamiast o 23.30 poszłam spać o 01.30, efekt zaś tego jest taki, że kiedy nasz syn urządził nam pobudkę o 3 nad ranem (w pieluszce było za mokro), to trzeba mnie było wykopać z wyrka…

Pozdrawiamy!

E. Frankiewicz - 05-02-2015, 21:59

Człowiek to najlepszy przyjaciel psa. W ramach tej przyjaźni pozwala psu spać w swoim łóżku, dzieli się z nim śniadaniem, obiadem i kolacją (a niekiedy także niezdrowym podjadaniem między posiłkami) oraz sterczy na mrozie przez dwie godziny, odmrażając sobie… uszy… tudzież inne wartościowe części ciała (szczególnie trzy palce poniżej pleców), a wszystko po to, żeby pieskowi nie zrobić przykrości i nie przerywać zimowej zabawy.
No, bo właściwie jak to – przystojny blondyn, w kwiecie wieku, z barami Schwarzeneggera i klatą Pudzianowskiego, umawia się na randkę z uroczą, filigranową brunetką (wprawdzie jeszcze nieletnią, ale kto by tam myślał o alimentach), wychodzą sobie razem na zimowy spacerek, a ten brutal – właściciel już po kwadransie domaga się pełnym głosem powrotu do domu… A jeszcze czego, trzeba było sobie futro zafundować, głupku!!!
Tym sposobem dzisiaj cała rodzina została zaangażowana w psie wyczyny, kiedy ja skostniałam, zastąpiła mnie córka, kiedy ona skostniała, wyszedł zamarzać mąż, kiedy już zamienił się w rzeźbę lodową, ulitowała się nad nim moja mamusia (a podobno teściowe są złe?). Po dwóch godzinach zasapane psiaki łaskawie wyraziły wolę powrotu w domowe pielesze, pospały 40 minut, i znowu prośba o wyjście, i tak w kółko. Im nic, a my rozmarzamy dopiero teraz…
Czedar to takie nasze domowe słoniątko, taranem bierze wszystkie przeszkody na drodze do głaskania, drapania, czochrania, przytulania i całowania, do nikogo nie mogę się odezwać ciepłym głosem, bo zaraz mam biszkoptową asystę, która w najlepszym wypadku „tylko” wali mi się z łoskotem na nogi, w najgorszym – kradnie telefon, jeśli przypadkiem rozmawiam z kimś zbyt ciepło… Nie wiem, czy przypadkiem mój mąż go cichcem nie tresuje, żaby mi ewentualne skoki w bok uniemożliwić? Skutki tego są takie, że wszyscy znajomi zastanawiają się dlaczego podczas rozmowy zamieniam się w dzikiego brutala i bydlę niewychowane. A to tylko Czeduś, który złodziejstwem zwraca na siebie moją uwagę.
W ogóle nasze oba psy to para szachrajów – 5 minut po zjedzeniu posiłku chodzą za człowiekiem, patrzą prosząco w oczy i dają do zrozumienia „nie dałaś mi jeść, jestem głodny/a, żebra mi sterczą, słabo mi…”, na dworze podbiegają do każdego sąsiada i w trakcie głasków i drapań boleściwym tonem opowiadają jak to im jest z nami źle, nikt nie głaszcze, nie drapie, jeść nie daje i w ogóle mogiła, usiłują chodzić pod sklep na piwo, wskutek czego okoliczne pijaczki już zaczynają spluwać na mój widok, bo świnia jestem, oni pieski chcą częstować, a ja nie tylko na to nie pozwalam, ale też postawić nie chcę…
Od początku też wiedziałam, że Madera to pies – morderca, skrzyżowanie krokodyla po operacji plastycznej, niedźwiedzia grizzli i rekina (zębów co najmniej 80). Dzisiaj okazało się, że z Czediego też wylazł zabójca – właśnie zorientowałam się, że bezlitośnie zamordował 2 krzaki porzeczko agrestu, od 3 lat hołubione przez mojego męża, który cały czas ma (słuszniej zabrzmi „miał”) nadzieję, że zaczną owocować (ha, ha, ha). Czedar najwyraźniej doszedł do (całkiem logicznego, w moim skromnym mniemaniu) wniosku, że owe wystające nad ziemię badyle świetnie się nadają na ostrzałkę do zębów, po cichutku ułamał gałęzie tuż nad ziemią, pogryzł je w wiórki, po czym pracowicie usiłował wykopać korzenie, niestety, mróz przeszkodził z zatarciu śladów. Tak więc jutro, całą trójką, zostaniemy pewnie zlinczowani…

Małgosia35 - 05-02-2015, 22:06

E. Frankiewicz, piszesz już bloga ? Jeśli nie ,to jak najszybciej zacznij , będzie hitem :)

Czedar trafił do cudownego domu ;*

Ryniu - 05-02-2015, 22:22

Ja to się zawsze zastanawiam, jak to jest że one "w tym samym ubraniu" są w ciepełku w domku i wychodzą na mróz i nic im nie jest. Człowiek to już by się dawno wykończył :)
E. Frankiewicz - 05-02-2015, 22:23

Ja jestem za tępa na bloga, komputerem niby się posługuję, ale w ograniczonym zakresie, żeby pisać bloga, to trzeba się z kompem lepiej dogadywać, mnie to nie wychodzi... :cring: Ale dziękuję za uznanie! :)
E. Frankiewicz - 05-02-2015, 22:25

Ryniu napisał/a:
Ja to się zawsze zastanawiam, jak to jest że one "w tym samym ubraniu" są w ciepełku w domku i wychodzą na mróz i nic im nie jest. Człowiek to już by się dawno wykończył :)


One się potrafią jeszcze wykąpać, kiedy temperatura na dworze około 0, i też im nic, my na sam widok zaczynamy kichać. :-P

Madlen - 06-02-2015, 08:38

E.Frankiewicz opisy sytuacyjne są rewelacyjne :) Czytam jak dobrą książkę. Czedar świetnie trafił ;*
E. Frankiewicz - 06-02-2015, 15:15

Madlen napisał/a:
E.Frankiewicz opisy sytuacyjne są rewelacyjne :) Czytam jak dobrą książkę. Czedar świetnie trafił ;*


Dziękuję, staram się, ale bez wsparcia Czedara i Madery nic by z tego nie było... :-P

Linczu wprawdzie nie było, ale mróz zapanował również w domu, bo mój ślubny się o ten porzeczko agrest obraził śmiertelnie, najlepsze jest to, że wcale nie na Czedara, tylko na mnie (a to ci ciekawe zjawisko przyrodnicze… :< ), bo biedny pies przecież nie jest winny temu, że lubi coś gryźć, to jego pańcia jest winna, bo mogła coś psu dać, kość na ten przykład, a nie udawać, że nie widzi, kiedy psiuńcio rozrabia… ;D
Czeduś w miarę upływu czasu robi się coraz bardziej przytulaśny i przylepny. Wygląda to mniej więcej tak, że człowiek znalazł 5 minut czasu, żeby usiąść na kanapie, a wtedy ładuje mu się na kolana niemal 40 kg biszkoptowej miłości, sapiąco – ziejącą mordusię opiera na ramieniu, a różowym ozorem soczyście oblizuje szyję i uszy. Cichy głosik sumienia mówi człowiekowi, że jest to rodzaj psiej dominacji, ale ja dla własnego komfortu psychicznego chyba wolę nazywać to miłością… :-P
Od kilku dni Czedi konsekwentnie chodzi za mną do łazienki, asystuje mi przy kąpieli, nie tylko dzieci, ale i mojej własnej, w nocy śpi z nosem w moim pantoflu (na łóżko włazi rzadko, ale chyba mu jest po prostu za gorąco… w przeciwnym razie nie podarowałby sobie…), godzinę przed każdym posiłkiem udaje, że zegarek mu się spieszy, więc potykam się o niego na każdym kroku. Na spacerach jest całkiem grzeczny (to Madera robi krecią robotę), ma oczywiście swoje drobne wyskoki (czuję to w rękach), ale szybko się uczy i szybko pozwala się opanować (no, chyba, że spotkamy wilczura sąsiadów, wtedy następuje przysłowiowa Jesień Średniowiecza, ale co się dziwić, sąsiedzi są pomyleni, to jak pies ma być inny…? Przecież pies się wdaje do właściciela… :bad: ). Pół biedy, jeżeli to spotkanie ma miejsce przez płot, wtedy najwyżej albo sąsiedzi, albo my mamy zdeptane ¾ ogródka (deptanie ma siłę czołgu), gorzej, jeśli spotkanie następuje w realu – wtedy jedynym humanitarnym wyjściem jest tzw. wyjście wschodnie – tzn. „Co należy zrobić, jeżeli wieje wiatr ze wschodu? Wiać razem z nim!!!”.
Madziora tymczasem zrobiła się obrażalska, znalazła sobie azyl na samym środku schodów, kiedy jej się coś nie podoba, wędruje na schody, spogląda na nas z góry i bardzo wyraźnie „strzela focha”. Na nasze prośby i groźby, żeby łaskawie ruszyła swoje czekoladowe cztery litery w górę lub w dół (faktycznie, przejść się nie da…), odwraca się do nas ogonem i „kiwa sobie palcem w bucie”… :<
Mada miała dzisiaj w nocy bardzo niemiłą przygodę. Spała sobie smacznie (i baaardzo głęboko) w nogach naszego wyrka, jak zawsze w ulubionej pozycji „do góry kołami” i niestety, w pewnym momencie, przy próbie zmiany pozycji, zleciała z łomotem i wrzaskiem na podłogę. :beated: Czedi tak się tym przejął, że siadł nad nią i zaczął piszczeć rozpaczliwie, chyba w obawie, że coś się jej stało, Madera zaś standardowo strzeliła focha i wyniosła się na schody. Czedar niestety na schodach się nie bardzo mieści, wchodzi i schodzi swobodnie, ale o leżeniu nie ma mowy, zaczął więc szczekać na cały dom (tak wołał Maderę z powrotem na górę) ]:) , a ponieważ była 4.30 rano, poderwało nas wszystkich natychmiast… I niech mi ktoś teraz powie, że pies to nie jest drańskie stworzenie…

Ryniu - 06-02-2015, 17:49

E. Frankiewicz napisał/a:
Cichy głosik sumienia mówi człowiekowi, że jest to rodzaj psiej dominacji, ale ja dla własnego komfortu psychicznego chyba wolę nazywać to miłością…

Szczere i prawdziwe wyznanie :) Mamy podobne poglądy :haha:

Marta_Siedlce - 06-02-2015, 19:26

Tak to już jest, że te nasze psy to "gałgany" i nawet jak coś przeskrobią to wystarczy jedno ich spojrzenie a nam mięknie serce :) Czedi! bardzo mnie cieszy, że znalazłeś "swoich ludzi" ;*
E. Frankiewicz - 07-02-2015, 19:12

Dzisiaj czarna rozpacz – któryś psiur się w nocy wyhaftował i niestety w tym, co zostało zwrócone zauważyłam robale!!! :cring: Nie mam pojęcia, którego zwierza to dopadło, więc odrobaczenie muszą dostać obydwa, mimo, iż i Mada i Czedi byli niedawno odrobaczeni. Masakra normalnie… :cring:
Humoru nie straciły (w przeciwieństwie do mnie), apetytu również nie, natomiast Czedarek stracił dzisiaj kawałek skóry na nosie… Niestety, w bliskich spotkaniach psa z kotem, zazwyczaj kot jest górą… :beated:
Siarczysty mróz (całe -7 stopni, brrr!!!) skłonił dzisiaj naszą kotę do wejścia do domu (raczej do łaskawego udzielenia zgody na wniesienie na rękach :haha: ), z lękiem umościła się więc na starych mężowskich spodniach w wiatrołapie (oprócz łazienek to jedyne miejsce, gdzie posiadamy drzwi) i czujnie nastroszona oddała się czynności rozmarzania. Traf chciał, że trzeba było nasze Burki wyprowadzić na spacer, usiłowałam sobą kotę zasłonić, ale oczywiście psiaki wyniuchały sprawę od razu. Mada ograniczyła się do węszenia, ale Czeduś był uprzejmy wydać z siebie głos, z natężeniem trąby jerychońskiej. :bad: Tego Szakira nie zdzierżyła, prychnęła, fuknęła i pacnęła go łapą po pchającym się nochalu. Czedi nawet tego nie zauważył, cały zjeżony, ze sztywną szczotką sierści od łba do ogona ruszył w pogoń za kocicą. :( Wieszak w wiatrołapie natychmiast zajął pozycję leżącą, telewizor w salonie został przesunięty o dobre pół metra, dziecinna ciężarówka odjechała w drugi koniec kuchni, a stojące na lodówce radio odtańczyło kankana, po czym gruchnęło na podłogę!!! :bad: Na szczycie lodówki Szakira zajęła pozycję strategiczną, obficie nawożoną dźwiękiem wściekłego warczenia, Czedar zaś usiłował wskoczyć na stół, co mu się na szczęście nie udało… Dobrze, że talerze zdążyłam już odstawić, bo mielibyśmy hutę szkła w domu… Czedusiowy nos został posmarowany alantanem, próby zlizania maści zostały zdławione w zarodku, natomiast ściągnięcie kota z lodówki okazało się niewykonalne bez rękawic narciarskich… ]:)

Madlen - 08-02-2015, 20:34

Widziałam raz w telewizji dom z drewnianymi ścieżkami blisko sufitu, przystosowany dla kota.... :D Może to było by jakieś rozwiązanie :-P
Życzymy powodzenia w walce z robalami.

E. Frankiewicz - 08-02-2015, 21:46

;* ;* ;*
E. Frankiewicz - 14-02-2015, 23:03

No, Czedar w ostatnich dniach pokazał co potrafi!!! I jeszcze Maderę do złego namówił… ]:)

Zaliczył pierwszą ucieczkę, olewczo traktując wszelkie moje wołania, co kilka kroków oglądając się jedynie, czy ktoś go goni. Mało zawału nie dostałam, kiedy wylazł mi z szelek i poszedł w wieś! Niby nie uciekał biegiem, ale nie pozwolił się do siebie zbliżyć, leciałam za nim jak szalona, bo jednak na tej naszej wsi ruch samochodowy jest jak na autostradzie (nic w tym dziwnego, jest ograniczenie do 40 km/h, więc kierowcy za punkt honoru poczytują sobie jechać co najmniej 80, bo przecież „Polak potrafi”). Przez pół godziny ganialiśmy się wokół wioski, chyba każde z nas liczyło na to, że przeciwnik się zziaja i zrezygnuje… :-P W końcu złapałam go w trakcie zasrywania bramy jakimś obcym ludziom, mam tylko nadzieję, że ich w domu nie było, wprawdzie sprzątnęłam „minę”, ale ślady zostały niestety… :-P Z wielką niechęcią Czeduś pozwolił się zapiąć w szelki (które natychmiast zwęziłam, jak widać ruch z Madą odchudza go całkiem sprawnie…) i zawlec do domu, po drodze jeszcze słownie obrywając ode mnie po uszach. Od razu widać było jak bardzo to sobie wziął do serca… ;D
Mada tymczasem próbowała gnać za Czedarem, zastopowała ją jednak najpierw obroża (na krótko, chwilę później obrożę szlag trafił! :bad: ), potem zaś nieprzewidywany na trasie pierzasty przeciwnik – traf chciał, że sąsiadka wypuściła swoje kury, które gdakały tak zachęcająco, że Madera nie mogła nie zareagować. ]:) Jak bomba wpadła w kurze stado, przyprawiając co bardziej lękliwe osobniki o przejściowy szok nerwowy, głowy nie dam, czy z kilku jajek nie została zrobiona jajecznica z piórkami (te piórka to tak na smaczek oczywiście… ;D ), z całą pewnością natomiast zostały pożarte kurze kartofle… (w przewidywaniu nocnych atrakcji zakupiłam od razu większą ilość podkładów, co by je na dywanie rozłożyć). Dzięki temu zastopowaniu przy kurach, mojej mamusi udało się Madę złapać wcześniej, niż mnie Czedara, zziajana była jednak tak samo jak ja… ;]
Tym sposobem lista koniecznych wydatków, ewentualnych kosztów, skarg i zażaleń wzrosła o 50% co najmniej, tyle mojego, że przynajmniej smycze się ostały, Czedarowe szelki też (swoje szelki Mada załatwiła jeszcze przed przyjazdem Czedusia, dzisiaj wykończyła obrożę, już drugą z kolei), no i oczywiście kury też wszystkie żyją… :D

Ryniu - 15-02-2015, 00:07

E. Frankiewicz napisał/a:
zostały pożarte kurze kartofle…

Zupełnie jak świnki :)

Małgosia35 - 15-02-2015, 00:27

E. Frankiewicz napisał/a:
I jeszcze Maderę do złego namówił

W duecie raźniej sie broi :-P

E. Frankiewicz - 17-02-2015, 22:41

Nocnych atrakcji po nadprogramowej kurzej porcji żywnościowej u Mady nie było (dziwne bardzo… :< ), jedynym skutkiem ubocznym były potwornie śmierdzące wyziewy z psiej „rury wydechowej”, którymi obdarowywała nas przez całą noc. W akcie desperacji przykryłam w końcu psi zadek podwójnie złożonym kocem, licząc na to (jakże naiwnie!), że ów odorek wulkaniczny się nieco zmniejszy. :stinky: Koc spełniał swoją rolę przez całe 10 minut, po czym psu zrobiło się za gorąco, więc z rozmachem odepchnął się łapami od moich pleców, wyjechał spod przykrycia i ponownie uaktywnił gazy bojowe. :bad: Niestety, na ewakuację szans nie było, bo nasz syn spał w swoim łóżeczku w naszej sypialni, a obudzenie Niunia bez powodu równa się obudzeniu głodnego tygrysa, który pościł od tygodnia. ]:) Nam samym też nie wypadało się ewakuować, w końcu tylko wyrodni rodzice zostawiają dziecko na pastwę zagazowania… Tym sposobem spędziliśmy wybitnie śmierdzącą nockę…
Czedar zaś owej nocy był niemal spokojny, po ostatnim spacerku (o fantastycznej godzinie 23.40) grzecznie rąbnął się na kanapie i począł rozgłośnie chrapać. Miałam nadzieję, że spędzimy spokojną noc (oczywiście Madziorowego smrodku nie biorę pod uwagę)… Niestety, jak wszyscy wiedzą, nadzieja to wiadomo czyja matka i w tym wypadku prawdziwość tego powiedzenia jest stuprocentowa. :D
O 1:15 na dole rozległo się donośne basowe szczeknięcie i głuchy łomot. Pierwsza myśl była taka, że Czeduś zleciał z kanapy. Nic bardziej mylnego… To nasza kocica ośmieliła się o owej barbarzyńskiej godzinie wkroczyć na taras, licząc na spokojne zjedzenie resztek swojej kolacji. 8) Czedar zareagował jak skrzyżowanie buldożera ze średniowiecznym taranem – z łomotem zeskoczył z kanapy, po czym rąbnął „bykiem” w szklane drzwi na taras. :beated: Drzwi jęknęły, podobnie cały dom… Szakira, bezpieczna za szybą, ostentacyjnie zamiotła psu ogonem przed nosem i spokojnie pożywiała się dalej. Czedar dostał szału – rozległo się gromkie wycie, zupełnie jakby „bracia wilcy” odezwali się w kniei. :-o Lecieliśmy z mężem na dół w tempie ekspresowym („wszystko, żeby się tylko dzieci nie pobudziły” :( ), mąż zasłonił szyby roletą, sekundę później Czedi zemścił się na niej, zatapiając w niej zęby (dzięki Ci piesu – teraz to już musimy kupić nową roletę!!! :D ) i obrywając ją całkowicie. Posunęłam się do działań brutalnych i zatkałam Czedusiowi buzię ręcznikiem. Wprawdzie spod ręcznika rozległ się głuchy bulgot, ale na szczęście sytuacja została opanowana. :shy: Kot zjadł swoje i zniknął, pies wyczerpany nocną akcją padł na dywanie, tylko po to, żeby o 6 rano wyprowadzić mnie na spacer… Wrrr!!!
W ogóle od rana nasze psiury przejawiały jakiś dziki wigor, ja byłam jak przetrącona przez walec drogowy po nocnych atrakcjach, a one jakby piórko w tyłkach miały. Biegały jak wściekłe, ganiały się po całym ogródku, tratowały resztki trawnika i w ogóle miały świra. Od czasu do czasu tylko któryś pies wyrżnął siarczyście czerepem o jakąś tuję, tudzież świerk (porzeczko agrestu już przecież nie ma…), posypały się szyszki, gałązki i igły, ale wcale im to nie przeszkadzało, złapały w zęby to, co akurat spadło, i gnały dalej… 8)

E. Frankiewicz - 26-02-2015, 15:51

Kilka dni temu w nocy naszą wioskę przysypał śnieg. Wprawdzie zaspy się nie porobiły, ale świat aż pojaśniał. Psy noc przespały snem kamiennym, a kiedy o 7 wyszłam z nimi na pierwszy spacerek, oszalały z radości. Przez dłuższą chwilę odbywało się tarzanko, tak solo, jak w duecie, i widać było spod śniegu jedynie gmerające się łapy. Było też słychać radosne parskanie, prychanie i podpluwanie pożartym śniegiem. Czeduś wyjeździł całą ścieżkę swoimi pleckami, Madera na brzuchu uprawiała slalom między tujami, wyglądały jak dwa żuki – gnojaki odwrócone na grzbiety… Psia pełnia szczęścia normalnie. :-P
Tak ogólnie jednak to oboje, i Mada i Czedi są niezłymi rozrabiakami. Wczoraj właśnie wykopały nam dwa sążniste doły, jeden pod śliwką, drugi koło domu. W tym drugim znalazły zakopane przez elektryków kable do furtki i bramy (niestety, ciągle domofon przy furtce oraz otwieranie bramy mają sterowanie ludzkimi rękami…), w ostatniej chwili uchroniłam owe kable przed poszatkowaniem na wióry, po czym uchetałam się jak koń za pługiem próbując te kable czymś zakryć… :dribble:
Początkowo przykryłam dół blachą, która została po zadaszaniu tarasu. Leżała sobie tam całe 20 minut, po czym nóg dostała i poszła w drugi koniec ogrodu. Niestety, nie dała się zgryźć (co za pech…), ale kształt zmieniła radykalnie... :D
Następnie przyszła kolej na deski, przywlokłam spod garażu dwie potężne dechy (oczywiście żadnego faceta w pobliżu nie było, jak zawsze kiedy są potrzebni), zwaliłam na dół i w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku poszłam pozbierać psie „miny” z trawnika. Nie minął kwadrans, a kawałki dech zostały rozwłóczone tuż pod garażem, a to co zostało, nadaje się jedynie do palenia w kominku… Kable oczywiście ponownie radośnie wychylały się z, pogłębionego już, dołu. :bad:
Ostatnią szansą stały się cegły. Przytargałam chyba z pół taczki (w rękach oczywiście, bo taczka mojego męża ma taką wagę, że dwóch silnych chłopów nie daje jej rady…), pracowicie ułożyłam stosik i… psy podkopały się z drugiej strony, zawaliły cegły i od nowa wywlokły kable… :$ Zbuntowałam się! Teraz niech już się mąż martwi o zabezpieczenie tego (jeśli jeszcze będzie co zabezpieczać), dobrze, że nie są pod prądem…
Poza wszystkim Czeduś i Madziora są skorumpowani totalnie! Bez łapówki żadne do domu wracać nie chce, tzn. Czedar wchodzi do wiatrołapu, siada przed drzwiami i przylepia się tam do momentu, dopóki nie wrzucę mu do paszczy smakołyka. Mada natomiast pierwszy „datek” pożera jeszcze na dworze, potem lekko kolanem dopycham ją do domu, potem następuje klapnięcie na brunatny zadek i proszące spojrzenie „Daj jeszcze!”. ;*
Czeduś się ostatnio wycwanił. Do tej pory ganiał za Maderą równym kłusem, robiąc pełne okrążenia ogródka, od wczoraj ograniczył pogoń dookoła szamba i huśtawki. Na dobre mu to nie wyszło, bo nie wyłapał na lodzie zakrętu i ćwieknął łbem o huśtawkowy słup, aż zadzwoniło. Jęknęło wszystko, głównie Czedar i ziemia. Madera popatrzyła na niego z dobijającym politowaniem :-P (to było widać od razu), dając mu do zrozumienia: „no i po co było sobie drogę skracać? Masz za swoje, za głupotę się płaci!”. Czedi najpierw zaczął się zajadle drapać po stłuczonej łepetynie, a potem ze złości ruszył za Madą (skrótem…), dopadł ją w końcu i ugryzł w tyłek :beated: (z zemsty chyba za to spojrzenie pełne politowania…?).
Cwaniackie zagrywki Czedi stosuje także w stosunku do mojego męża. Mój ślubny twierdzi, że wystarczy nam jeden pies w łóżku, a drugi powinien spać na podłodze, a jeśli już oba mają spać z nami, to obowiązują ich dwie zasady: śpią w nogach wyrka i nie smrodzą. Oczywiście chyba na złość mężowi zaczynają puszczać gazy bojowe zawsze wieczorem, natomiast kwestia spania w nogach pozostaje otwarta – kiedy mąż nie śpi (bo ja na takie detale uwagi nie zwracam), psy chrapią w nogach, albo wręcz na podłodze. Kiedy tylko ślubny zaśnie mocniej (nie jest to trudne, jeśli dawno temu, przed ślubem, miałam nadzieję, że będę go budziła czułym pocałunkiem, to dzisiaj, po 11 latach małżeństwa wiem, że mogę go nawet pogryźć i też się nie obudzi! :D ), Madera ładuje się po mojej stronie (łeb lub zadek na podusi, a co!), natomiast Czedar, wężowym ruchem zażywnego boa – dusiciela, cichutko wpełza na poduszkę męża, wszystkie cztery łapki opiera mu na brzuchu i tak sobie śpią pysio w pysio do samego rana :D (lub pierwszej pobudki nocnej). Czasami tylko po stronie męża słychać w nocy stęknięcie i tekst: „Czedar, zabieraj tą d…, bo nie mogę się ruszyć!”.

anna34 - 26-02-2015, 16:18

E. Frankiewicz napisał/a:
Czasami tylko po stronie męża słychać w nocy stęknięcie i tekst: „Czedar, zabieraj tą d…, bo nie mogę się ruszyć!”.

Popłakałam się ze śmiechu :D

Nelka - 26-02-2015, 16:52

łobuziaki :D
Ewelina - 26-02-2015, 17:41

hahahahha dobre :D
E. Frankiewicz - 01-03-2015, 16:26

Jesteśmy po kolejnej wizycie u weterynarza z Czedową szyją. Czedar zadowolony z siebie, ja ociekam potem, a pan weterynarz… hmm, chyba nie będę pytała… :-P
O 15.30 weszliśmy do kliniki. Czeduś wszedł chętnie, ogon wykręcił kilka obrotów, odbyło się soczysto – merdające powitanie z panią z recepcji, no i… zaczęły się schody… Czedi wykonał kilka potężnych niuchów nosem, poczuł chyba, że już tu był :bad: (na szczęście poczekalnia była pusta tym razem…), po czym wydał z siebie głos (w tonacji podobny do ryków osła połączonych z foczym „szczekaniem” ]:) ). Tonacja miała wyrażać skargę w połączeniu z tekstem „poczekaj, ja ci jeszcze pokażę!”. 8) W tym momencie wyszedł pan wet i zaprosił nas do gabinetu. Czedar natychmiast włączył hamulce na wszystkie cztery łapy, nie było więc wyjścia – ja ciągnęłam smycz, pan doktor popychał od zadka, a pani stażystka machała Czedusiowi przed nosem smakołykiem. Po 10 minutach energicznych starań psiunio wlazł do gabinetu, drzwi zostały zamknięte, Czeduś bowiem natychmiast usiłował wywalić je razem z futryną. Można było przystąpić do badania. :(
Pan dr z uśmiechem pochylił się nad Czedową szyją, został obdarowany złym spojrzeniem oraz głucho wybulgotanym z głębi gardła tekstem: „Koleś, my się już znamy, wiem co z ciebie za typ, dobrze ci radzę, trzymaj się z daleka!” :bad: Trzeba było użyć sposobu – lewą ręką doktor podawał pacjentowi żywnościową łapówę, prawą oglądał szyję. Okazało się, że potrzebny jest zastrzyk z antybiotykiem, bo w dwóch miejscach się szyja babrze. Strzykawka została przygotowana, igła najmniejsza z możliwych (dr stwierdził, że nie będzie się znęcał nad pieskiem), lek odmierzony, pani stażystka w gotowości… Czedar storpedował niemal wszystkie plany – w chwili, gdy igła niebezpiecznie zbliżała mu się do pośladka, wykonał żabi skok, połączony z obrotem, delikatnym ciałkiem naparł na stół lekarski, który zajął pozycję horyzontalną i podciął nogi pana doktora, któremu na szczęście pod tyłek wpadło litościwe krzesło. ;D Następnie wpadł między nogi pani stażystce, a ponieważ była drobniutkiej postury, przewiózł ją na grzbiecie prosto do rentgena! :-o Tam zdołaliśmy złapać panią stażystkę, unieszkodliwić Czedusia (przy pomocy dwóch innych silnych panów doktorów…), wbić mu igiełkę w zadek i odsunąć się na bezpieczną odległość. Zupełnie niepotrzebnie – natychmiast po zastrzyku Czedar uspokoił się, zaczął przypominać spolegliwego misia, wlazł panu doktorowi pod rękę i domagał się drapania… Czy w tym zastrzyku na pewno był antybiotyk?! A może profilaktycznie dołożono tam relanium?! :doubt:
Niestety, obawiam się, że przed naszą kolejną wizytą pan dr złoży wymówienie, albo odnotuje w Czedowej karcie, że z tym pacjentem nie chce mieć nic wspólnego… :dribble:
Czyż można mieć wątpliwości? Toż to ideał psa!!!

Ryniu - 01-03-2015, 20:51

To chyba wizyta była bezpłatna? Za takie występy powinna być :)
E. Frankiewicz - 03-03-2015, 19:53

Ryniu napisał/a:
To chyba wizyta była bezpłatna? Za takie występy powinna być :)


Całkiem bezpłatna to nie (szef kliniki był za blisko... :cring: ), ale rabacik był, a jakże... :haha:

Dawno miałam już opisać Krwawy Czwartek (miał być Tłusty, ale my jesteśmy oryginalni… :-P ). Nasze psy pojechały tego dnia z nami z wizytą do moich rodziców, do tzw. miasta (u nas, 16 km od Lublina to w końcu głucha wieś…). W drodze było wszystko w porządku, mąż za kółkiem, córka z przodu na podkładce, Czedar pod nią na podłodze, z mordysią na jej kolanach, ja z synem z tyłu, Mada między nami (dupka na mnie, pysio na Niuniu). Szał po prostu! ;*
Wysiadamy u rodziców pod blokiem, Madera wysiadła niemalże statecznie (to znaczy tylko około 20 km/h), Czeduś wyprysnął z prędkością światła i dalejże niuchać, węszyć, sprawdzać, czytać psie smsy i grubsze e – maile. W drodze do klatki podlał wszystko, co dało się podlać, z radosnym piskiem przywitał pięciomiesięczną sunię sąsiadów 8) (rasy chow – chow), pociesznym machaniem ogona zawarł znajomość z inną sąsiedzką sunią, 13 – letnią labradorką (gdyby nie siwy pyszczek, 5 lat bym jej nie dała, taki żywioł! :haha: ), po czym ZONK ;] , wylazł Szczekaczka :< (to sąsiedzki sznaucer miniatura, w oryginale ma na imię zupełnie inaczej, ale ze względu na wydawane non stop dźwięki, został przez mojego tatusia przechrzczony i cały blok już go tak nazywa :D ) ). Na klatce schodowej rozległ się piskliwy jazgot połączony z basowym szczekiem Czedusia :beated: , jeśli jakiekolwiek dzieci w bloku (a tych nie brakuje) usiłowały spać, to życzę powodzenia ich rodzicom… ]:) W końcu Szczekaczka został wywleczony przez swojego pana na spacer, a Czedar ruszył na podbój mieszkania rodziców. Michę z wodą znalazł bez pudła, puszki (zamknięte) z żarciem też wysondował, obniuchał wszystko, po czym zaległ na kanapie z przekonaniem, że wykonał kawał dobrej roboty. I wszystko było cacy, dopóki nie przyszedł czas na obiad.
U nas w domu psiaki dostają zawsze jeść w swoim pokoju pod schodami, każdy psiur ma swoją podkładkę i swoje michy, dostają żarełko w tym samym czasie i na tą chwilę, kiedy jedzą, są zamykane, bo synuś nie dałby im zjeść spokojnie. Niestety, u moich rodziców psiaki swojego pokoju nie mają, dostały więc jedzenie w kuchni. Głupia pańcia nie pomyślała o zabraniu na wizytę również podkładek, więc siłą rzeczy michy jeździły podczas jedzenia po całej kuchennej podłodze. :-> I traf chciał, że Mada swoją michą wjechała pod brzuszek Czedara. Czedar warknął na Madę i pokazał kły, ale Mada nie wzięła sobie do serca przestrogi i żarła swoje dalej :dribble: (miłość do żarcia uczuciem nadrzędnym!). Czedar się wkurzył i rzucił się na Madę z zębami. :bad: Byłam przekonana, że Mada ustąpi… ale jak się okazuje, byłam w duuużym błędzie, Madera się wściekła, zjeżyła się cała i dawaj się odgryzać, :bad: normalnie zanim rozdzieliłam i skarciłam towarzycho, to kłaki latały po całej kuchni!!! :beated: Czedar miał nadgryzione do krwi ucho, Madera podrapany bok (też do krwi), ale natychmiast po jedzeniu zapanowała między piesami doskonała zgoda. Jak widać na przykładzie naszych psów – do serca nie zawsze przez żołądek… :-P

E. Frankiewicz - 07-03-2015, 21:12

Jeśli sądziłam, że Madera zlituje się nad moim portfelem i odpuści mi wizyty w klinice wet, to byłam w duuużym błędzie… :cring:
Od kilku dni zauważałam, że nasza suńka się mocno podlizuje w intymnym miejscu. Czeduś też ją tam dość intensywnie niuchał, nawet zabierał się do gwałtu, ale szybko został oświecony, że ani on już nie jest w stanie nic zdziałać, bo zamiast jajek ma wydmuszki :-P , ani Madera nie ma się na co porywać, bo jej klejnoty wewnętrzne zostały po cichutku i w głębokiej tajemnicy wycięte :-P (głęboka tajemnica przed szefem doktora – operatora, poza tym wiedzą wszyscy… ;D ) podczas operacji na żołądku i przemasowywania jelit.
Specjalnie podglądałam, czy nic jej tam teraz nie podcieka, obawiałam się bowiem grzybka po intensywnej antybiotykoterapii. Nic nie było, żadnych upławów. Niestety, wczoraj wieczorem okazało się, że w miejscu, gdzie Madzik spał na kanapie, jest spora mokra plama. :( Obejrzałam raz jeszcze Maderowe klejnoty intymne i zauważyłam niestety kapiące krople moczu. Zapakowałam w psa dwie tabletki Furaginu (po telefonicznej konsultacji z wetem) i dzisiaj od razu z rana zaliczyłyśmy wypad do kliniki na badania, mokrych kałuż bowiem było coraz więcej. USG od razu pokazało, że ściana pęcherza wprawdzie nie jest pogrubiona, ale „się świeci”, co podobno świadczy o stanie zapalnym, analiza pobranego moczu pokazała natomiast zasadowe PH (powinno być kwaśne), więc prawdopodobnie jest jakaś bakteria… :cring: W piesa ponownie załadowano antybiotyki i leki przeciwzapalne, za tydzień kontrolne badania i USG. I zobaczymy, czy to rzeczywiście stan zapalny pęcherza, czy jednak (istnieje takie podejrzenie) nietrzymanie moczu związane ze sterylizacją, chociaż podobno na to Madziora jest za młoda, ale „życie bywa wredne”, jak to określił pan wet.
Przez tydzień mamy wżerać witaminę C i Furagin na grubo, antybiotyk dopyszczny raz dziennie i czekać na poprawę… O rany!!! :(

aganica - 07-03-2015, 21:44

A powiadają że niema nic lepszego od ebooka :) Gucio prawda, lepsiejszy jest temat Czedara :D ;*
Czyta się z zapartym tchem ;*

E. Frankiewicz - 07-03-2015, 22:32

Bo to jest Czed-Madbook... :D Dziękuję za miłe słowa! :haha:
Ryniu - 07-03-2015, 23:09

aganica napisał/a:
A powiadają że niema nic lepszego od ebooka Gucio prawda, lepsiejszy jest temat Czedara
Czyta się z zapartym tchem

dlatego przedruki są też tu: http://adopcje.labradory....-humorystyczne/
:haha:

Madlen - 09-03-2015, 11:12

Trzymamy kciuki za poprawę stanu zdrowia i kondycji portfela ;)
E. Frankiewicz - 10-03-2015, 13:23

Wygląda na to, że leczenie zadziałało, Madzior przestał przeciekać. :haha: Grzecznie i bez protestu wcina leki razem z żarciem (chyba wrodzona pazerność sprawia, że nawet nie zauważa ich gorzkiego smaku… no, ale w sumie czemu ja się dziwię, pies, który jest w stanie zeżreć gumową rurkę i kostkę brukową, nad byle Furaginem i witaminą C nie będzie się nawet zastanawiać… :-P ). Chwilowo jedyną pozostałością Madowego przemakania są ślady na narożniku w salonie, ale mówi się trudno, poczekają na wiosenne słońce, bo jakoś mi chwilowo „nie leży” pranie całej kanapy… :(
Czedarkowi natomiast chyba brakuje zimy. Nasze brązowe dywany zyskują coraz grubszą warstwę biszkoptowego „ofutrzenia”, pomimo odkurzania dwa razy dziennie mam wrażenie, jakby w naszym domu na stałe zagościł kudłaty śnieg. :-P
A tak w ogóle, z odkurzaniem to jest cała epopeja! Dopóki Madera była sama, to jedyną przeszkodą w moim dążeniu do czystości chałupy było Madziorowe powarkiwanie i polowanie na rurę odkurzacza (bo wyrywania kabla z gniazdka przez naszego Niunia nie liczę). Czedarek jednak wprowadził nowe zwyczaje. :haha:
Kiedy wywlekam odkurzacz ze schowka, obydwa psiaki wylegują się grzecznie w różnych miejscach domu. W chwili, gdy kabel trafia do gniazdka, obydwa psy zaczynają działać bardziej doskonale niż radziecki balet – najpierw statecznym kroczkiem zażywnego i dobrze wykarmionego (w przypadku Czedusia) łabędzia drobią w kierunku salonu. :-P Tam, z błogim westchnieniem uwalają się cielskami na środku dywanu, udając, że są w samym środku niezmiernie intensywnej drzemki. Ja wjeżdżam odkurzaczem na dywan, psy otwierają po jednym, brązowym ślepiu, po czym natychmiast zamykają je z powrotem, dając mi do zrozumienia „nie przeszkadzaj sobie, nas tu wcale nie ma”. ^_^ Przekomarzanie się trwa ładnych kilka minut – ja kieruję się w jedną stronę dywanu, w tym samym momencie któryś zwierz (przypominam, że oba śpią głęboko, nawet pochrapują!) wyciąga w tę samą stronę łapę, ucho, bądź kawałek ogona, torpedując mój zdradziecki plan sprzątania. :bad: Kiedy bardziej energicznie zaczynam zganiać towarzycho z pola bitwy, obydwa psiaki podstawiają zadki pod rurę, dając hasło: „a teraz proszę czyścić pieska!”. 8) I co ja biedna mam zrobić? Oczywiście pieski zostają odkurzone od pazurków, po czubek łepetyn, satysfakcja jest powalająca, spod odkurzacza wydobywają się jedynie rozanielone pomruki i zgodne posapywania. ;D Po około 20 minutach moich energicznych starań psy łaskawie dają się wyprosić z dywanu (który wygląda już jak obraz nędzy i rozpaczy), a ja mogę kontynuować porządki. ;] Ta sama akcja powtarza się na wszystkich dywanach w domu, więc łatwo się domyślić, że porządki (które nigdy nie były moim ulubionym zajęciem) jawią mi się teraz niczym skrzyżowanie huraganu z krwawą jatką... :bad:

Madlen - 10-03-2015, 13:41

Ja bym się zastanowiła nad wyrzuceniem dywanów ;D

A mówiąc poważnie o sierści, od kiedy podaję moim sierściuchom Gammolen widzę naprawdę znaczną poprawę w ilości kłaków, które piesy gubią.

E. Frankiewicz - 15-03-2015, 13:40

Madlen napisał/a:
Ja bym się zastanowiła nad wyrzuceniem dywanów ;D

A mówiąc poważnie o sierści, od kiedy podaję moim sierściuchom Gammolen widzę naprawdę znaczną poprawę w ilości kłaków, które piesy gubią.


Dzięki, przetestujemy, tylko w kwestii Mady muszę pogadać z wetem, czy na ten jej zrujnowany przewód pokarmowy to nie zaszkodzi... :(

No, Madziora już po kontroli o weterynarza, antybiotyk dopysiowy przedłużony jeszcze o 4 dni, bo pani dr stwierdziła, że powinno być pełne 10 dni leczenia i wygląda na to, że jednak to była tylko bakteria w moczu – uff! :mmm:
Czedusia (Madę zresztą też, ale w jej przypadku nie mam stresa :-P ) muszę umówić na przyszły tydzień na chipowanie, już zaczynam się bać jakie występy Czedi zaprezentuje tym razem :-o , pociesza mnie jedynie świadomość, że pan wet, który będzie „montował” chipy w naszych psiakach także jest właścicielem labradora, jest więc nadzieja, że Czedowe występy go nie zdołują (podejrzewam, że przechodził przez to samo… :-P ).
Szczerze powiedziawszy obydwa nasze psiaki poczuły chyba wiosenny zew. Na naszym, wprawdzie mikroskopijnie wypielęgnowanym, ale jednak trawniku codziennie pojawiają się nowe, potężne doły, co jakiś czas na tarasie znajduję ptasie zwłoki (podejrzewałam kocicę, ale okazało się, że to Madusia… 8) ), doniczka z kwiatkiem wisząca spokojnie na tarasie zakończyła swój żywot wisielca, kwiatek został rozwłóczony totalnie, doniczka zaś straciła życie wskutek zawziętej działalności Czedusiowego uzębienia… 8) Do domu psy wcale wracać nie chcą, na spacerku w lesie robimy trzykrotnie dłuższe dystanse niż zwykle, bo oboje niuchają i wędrują w poszukiwaniu wiosny (a co za tym idzie wiosennych, śmieciowych przekąsek… :dribble: ), wprawdzie na figurę i kondycję całej naszej trójce robi to doskonale, ale domowe zajęcia dezorganizuje mi zupełnie… :-P

E. Frankiewicz - 23-03-2015, 14:11

I po co ja wczoraj zmieniłam pościel? :( Jakbym nie wiedziała, że deszcz + 2 labradory w domu + spacer = błotne łóżko… :cring:
U nas leje od wczoraj, aż sapie. Czedarowi i Maderze to wcale nie przeszkadza, wyłażą na dwór, taplają się w bagienku (trudno bowiem inaczej nazwać nasz wjazd do garażu), Czedar wygląda już jak cokolwiek zaniedbany, brudno – czekoladowy kloszard, porośnięty z rzadka ogródkiem botanicznym. :-P Madera, jako prawdziwa dama, zażywa co najmniej raz dziennie kąpieli w kałuży pod rynną (że kałuża jest błotna, to już szczegół niegodzien wzmianki), by potem rozczesać zmechacone futerko między świerkami (te ostatnie wyglądają już niczym obraz nędzy i rozpaczy), a następnie wpakować się na środek kanapy w salonie, celem zażycia relaksującej drzemki (nie powiem jak wygląda kanapa, po co mam się dołować, w każdym razie przypomina skrzyżowanie zaniedbanej chlewni z szaletem miejskim). ;D
Dzisiaj spacer do lasu nam się nie udał, po pierwsze nie mam aż tak wysokich kaloszy, a po drugie, przypałętał się do nas sąsiedzki zmutowany prawie – spaniel (a prawie robi wielką różnicę… :haha: ), który Maderkę kocha miłością nadziemską, z wzajemnością zresztą. Czedarek poczuł się cokolwieczek zazdrosny o siostrzyczkę, najpierw w miarę jeszcze uprzejmie warknął w kierunku intruza, gdy jednak ten nie zareagował, ustawił na grzbieciku sierść w postaci sztywnej szczotki od łba do ogona, z gardełka wydobył mu się studzienny bulgot, zaś pokaz uzębienia powinien zdobyć medal Pedigree. :bad: Sąsiedzki pseudo – spaniel był, zdaniem Czedusia, wybitnie tępy ;] , bo nadal nie raczył oddalić się w pośpiechu, emablując uparcie i wytrwale Madę. Tego już było dla Czediego za wiele – z głuchym tętentem stada słoni ruszył na wroga, zbijając go z łap i przygwożdżając grzbietem do ziemi ]:) . Wróg wtedy (lekko zdziwiony) również wyszczerzył kły i dziabnął Czedusia w nos. ]:) I wtedy zaczęło być wesoło… Cała ulica rozbrzmiewała warczeniem, szczekiem i odgłosami walki wręcz, przyczyna zaś tego całego zamieszania stała spokojnie w pobliżu moich nóg, majtała uprzejmie brązowym ogonem, a wyraz jej pyska mówił wyraźnie: „No i o co im, k…, chodzi?!” 8)
Walka zakończyła się boleśnie, ale na szczęście nie dla Czedarka. W chwili bowiem, kiedy mały, lecz zajadły przeciwnik, brutalnym atakiem na Czedowe ucho spowodował upadek Czediego, ten ostatni wykorzystał ów moment i ugryzł delikwenta tam, gdzie żaden facet (gatunek obojętny) nie chciałby być nigdy w życiu ugryziony… :-P Rywal wyskoczył w powietrze jak z katapulty, zawrzeszczał rozgłośnie i podjął decyzję, że jednak woli zwiać. Czedar pozostał na placu boju z triumfalnym wyrazem mordki, ogon wykręcał piruety, zaś przymilne spojrzenie na mnie mówiło: „No i co, dumna jesteś ze mnie?” :D I co miałam mu powiedzieć? Przecież tak się biedny starał bronić Madowego honoru, że muszę być dumna. A że mam przez to trzy razy więcej psiego mycia, suszenia i czesania – to kto by tam na takie drobiazgi zwracał uwagę… :)

Chelsea - 23-03-2015, 17:18

Czedar daje czadu :-P
aganica - 24-03-2015, 09:30

Przysięgałam sobie..nigdy nie wchodzić do TEGO tematu ...gdy jestem w pracy ../słowa nie dotrzymałam/ teraz grozi mi zwolnienie.. za zaplucie monitora i debilne rżenie :-o
Madlen - 24-03-2015, 13:11

Aganica, śmiech to zdrowie, mam to samo :D Czedar jest przekochany a pani Ewa świetnie opisuje życie codzienne z futrami przy boku.
E. Frankiewicz - 26-03-2015, 18:52

aganica napisał/a:
Przysięgałam sobie..nigdy nie wchodzić do TEGO tematu ...gdy jestem w pracy ../słowa nie dotrzymałam/ teraz grozi mi zwolnienie.. za zaplucie monitora i debilne rżenie :-o


:D Dziękuję w imieniu Czedusia i Madziory! To dla nas największy komplement!!! ;* Ale za wszystkie pozostałe także dziękujemy! ;D

E. Frankiewicz - 28-03-2015, 15:03

Nie mam weny na pisanie, humor mi zdechł, bo najpierw były kłopoty z Madziorem (znowu przeciekała :cring: ), a potem Czedar przejął się oceną pana wet, który stwierdził, że powinien ze dwa kilo jeszcze schudnąć. Czeduś tak wziął sobie to do serca, że na 3 dni przestał jeść… :(
Jeśli chodzi o Maderkę, to niestety wszystko wskazuje na to, że jednak jest to posterylkowe nietrzymanie moczu. :cring: Tydzień po zakończeniu dopyszcznego antybiotyku Mada znowu zaczęła się mocno podlizywać, gdzieniegdzie pokapywało z niej, a Czeduś tak się czepiał jej podogonia, że aż zaczęła na niego powarkiwać. :bad: Oczywiście pojechałam do weta, włączył Maderce hormon, na sprawdzenie, czy zadziała. Brała estriol przez tydzień i okazuje się, że jest znaczna poprawa, pies się nie podlizuje, nie kapie, Czedar się za nią nie zabiera. Na wizycie kontrolnej zapadła niewesoła dla nas decyzja – w kwietniu Madera znowu trafi na stół, trzeba jej zrobić tzw. „podszywkę” kikuta macicy (cokolwiek to znaczy…), żeby pęcherza nie drażnił. :cring: Nie bardzo się skłaniałam ku kolejnej narkozie i wietrzeniu psich wnętrzności, ale rozumiem argumenty medyczne – Mada jest bardzo młodą suczką, nie ma nawet roku, branie hormonów przez najbliższe 10 – 12 lat (a może i więcej) nie wyjdzie jej na zdrowie, bo padną i nerki, i wątroba, i przysadka mózgowa, wyliczać można w nieskończoność… :matrix: O otyłości nie wspomnę… Skonsultowałam przypadek Madusi z trzema innymi wetami z innych klinik, wszyscy (niestety) potwierdzili diagnozę i słuszność zaproponowanego leczenia operacyjnego. :(
Kilka dni temu byliśmy z piesami na chipowaniu. I tu stał się „Cud nad Śmierdziejówką” (w oryginale jest oczywiście Czerniejówka, ale „zapachu spod pachu” wydziela taki, że została oczywiście przechrzczona i niewielu lublinian nazywa tę rzeczkę inaczej :-P ) – Czedar odpuścił sobie występy, chociaż pan wet przezornie zaopatrzył się w dwóch silnych studentów do pomocy!
Weszliśmy w miarę spokojnie (tzn. spokojne były psy, ja wchodziłam z duszą na ramieniu, z dwoma smyczami kurczowo owiniętymi wokół rąk, torebkę niosłam prawie w zębach, bo z ramienia spadała, zaraza jedna :-P ), Mada natychmiast pokłusowała z tupotem małych nóżek do pani z recepcji, została wygłaskana po brzuszku, wydrapana po zadku, skomlącym głosem zbolałego szczeniaczka opowiedziała jak to jej z nami źle – biją, głodzą i w ogóle się znęcają… 8) Potem okazało się, że w pokoju lekarskim wyleguje się emerytowany osobisty labek pana doktora (ledwo się rusza biedaczek, bo ma osteoporozę i dwie łapki połamane, kręgosłup też nie w porządku :( ), Madera labka dopadła zlizując niemal na śmierć, na gorączkowe i niemal na klęczkach składane przez pana doktora błagania, żeby nie mordowała psiego emeryta, Mada obdarowała i jego śliniastym pocałunkiem :-P , ogonem przywaliła emerytowi w oko (zniósł to po męsku) i pocwałowała z powrotem do recepcji szukać smaczków pod biurkiem pani recepcjonistki. :D
Czedarek tymczasem wszedł ze zwykłym, wyszczerzonym uśmieszkiem, mającym zwiastować „ja wam jeszcze pokażę!” :-P , obniuchał wszystkie kąty, zwalił się z łomotem na nogi pani w recepcji, został wyglaskany i wydrapany także, cichcem ukradł kilka smaczków spod biurka, resztą został poczęstowany i na to wszystko wyszedł pan wet. :dribble: Zamarliśmy oboje, ja i Czedar, każde z innego powodu. Ja popadłam w stan bliski paniki, że Czeduś zacznie zaraz demolować klinikę i zeżre pana doktora jednym klapnięciem (nie znali się do tej pory, nie licząc awanturki w rentgenie jakiś czas temu ;D ), a potem na deser wtrząchnie jego labka (niestety, w klinice na widok innych psów w Czediego wstępuje coś, co niektórzy nazwaliby szałem, inni zaś podszeptem czarta ;D ). Czedar postał chwilę, pan wet do niego zagadał (a uwielbia labradory) i po kilku sekundach nasz psiur wtulił się w pana doktora, czule merdając ogonem i liżąc po rękach. Byłam w szoku absolutnym… :-o
Pan doktor zaprosił nas wszystkich do gabinetu, Mada wleciała natychmiast (kolejny cud – po siarczanie miedzi i rzyganiu ostatnio do gabinetu trzeba ją było wpychać), dopadła studentów i kazała się drapać, im też opowiedziała o swoich krzywdach, Czedar natomiast wszedł z dostojną godnością, usiadł jak przystało na gentlemana i wpatrzył się z bezrozumnym doprawdy uwielbieniem w pana doktora. :-P I to ostatecznie przekonało mnie, że doktor po pierwsze uwielbia labki, po drugie one uwielbiają jego, a po trzecie – wydziela z siebie jakieś fluidy, bo i Mada i Czeduś są w jego towarzystwie aniołkami po prostu! :haha:
Bez żadnych kłopotów, szaleństw typu przejażdżki na psim grzbiecie, czy też demolki gabinetu, obydwa psy zostały zachipowane (żadne psie nawet nie mruknęło, natomiast ja mało nie zemdlałam na widok grubości igły do chipowania :confused: ), w Maderowych uszach znaleziono grzybka (też podejrzewałam, że się łobuz jeden zadomowił) :bad: , Czedi natomiast został przy okazji zaszczepiony na wściekłość i choroby zakaźne oraz otrzymał polecenie zrzucenia 2 kilogramów. :( Na to ostatnie dictum Czeduś spojrzał zezem, ale nic nie powiedział… :| Dopiero w domu okazało się jak bardzo się tym psisko przejął…

CDN... :-P

Chelsea - 29-03-2015, 09:06

E. Frankiewicz napisał/a:
że jednak jest to posterylkowe nietrzymanie moczu.

Czesia tez przyjmuje hormon :( konczymy 1 opakowanie w ciagu tego czasu podsikala sie 3 razy ;] W poniedzialek odbieram drugie. Miejmy nadzieje ze pomoze gdyz wyniki wykazaly ze ma minimalnie ponizej normy. Weterynarz mowi ze moze to byc tez na tle psychicznym wtedy juz tabletki Nam nie pomoga :( Wstepna kuracja 3 miesiace :)

E. Frankiewicz - 15-04-2015, 22:11

Czesia tez przyjmuje hormon :( konczymy 1 opakowanie w ciagu tego czasu podsikala sie 3 razy ;] W poniedzialek odbieram drugie. Miejmy nadzieje ze pomoze gdyz wyniki wykazaly ze ma minimalnie ponizej normy. Weterynarz mowi ze moze to byc tez na tle psychicznym wtedy juz tabletki Nam nie pomoga :( Wstepna kuracja 3 miesiace :) [/quote]

U nas już 3 opakowania poszło (2 tabletki dziennie, Mada bierze Incurin), przy próbie zmniejszenia dawki od razu były mokre plamy, więc nas już nic nie uratuje, wstępnie zabieg zaplanowany na poniedziałek... :(

Cd. przygód Czedusia i Madery:

Dzień po szczepieniu i chipowaniu zabrałam psiaki do moich rodziców, do popołudnia wszystko było ok., grzecznie pożarły swój obiad, po spacerku padły spać i pozornie Czeduś sprawiał wrażenie, że czuje się normalnie. Ja jednak zaczęłam podejrzewać, że coś jest nie halo, bo zazwyczaj Czedar nie przesypia całego popołudnia, a wtedy chrapał do wieczora aż furczało. Wróciliśmy do domu, ja daję psom kolację (spóźnioną o niemal 2 godziny – zgroza!!!), a Czedar odwrócił się ogonem i miał jedzenie w nosie. :-o Poszedł spać, natomiast Mada z dreszczem szczęścia zeżarła podwójną porcję :-P (nie zdążyłam zabrać Czedowej miski)!
Kolejnego dnia rano, przy śniadaniu, Czedar nawet nie zlazł z kanapy, wołałam, prosiłam, podtykałam michę pod pysio – a on nic, miał mnie gdzieś. Apatyczny, osowiały, przekimał na kanapie do popołudnia, obiadu też nie ruszył (znowu Madera z błyskiem w oku się jego obiadem dopchała, bo głupia pańcia zajmowała się dzieckiem). Wpadłam w rozpacz, bo zazwyczaj jeśli labrador nie chce jeść, to sprawa jest poważna. Na dodatek kiedy Madera zachęcała go do zabawy, groźnie szczerzył kły, warczał i gonił ją od siebie bez zastanowienia…
Oczywiście wepchnęłam Czedusia do auta i pognałam do weta. Na szczęście na dyżurze był pan doktor, który Czedara 2 dni wcześniej szczepił, Czeduś nie był już wprawdzie tak spolegliwy jak poprzednio, ale pogłaskać się dał, został osłuchany, zbadany na wszystkie strony, od łap do ogona i dostaliśmy zalecenie – nie dawać kolacji, jak zgłodnieje, to może zje, bo na chorobę nic nie wskazuje, raczej jest to reakcja poszczepienna. :( Jedynie podczas wychodzenia z kliniki przeżyłam chwilę grozy, bo na korytarzu czekał równie młody, co agresywny buldog, na którego Czedar natychmiast rzucił się ze zjeżonym włosem, tamten się odgryzł i zaczęło się piekło. ]:) Na szczęście pan wet nogą wepchnął buldoga do gabinetu (cud, że nogi nie stracił :beated: ), Czedusia wraz ze mną, uczepioną końca smyczy, wywlókł na zewnątrz, po czym z uśmiechem (podziwiam tego człowieka! :) ) zaprosił nas na wizytę za dwa dni, jeśli Czedar nie zacznie jeść.
Czeduś się zaparł, mimo braku kolacji, śniadania nie tknął. Mada była niepocieszona, bo jej sprzed nosa michę Czedową zabrałam (wredna pańcia!!! :doubt: ), mój tatuś wpadł w otchłań rozpaczy, bo Czedar się z nim witać nie chciał, spał jak Reks na kanapie i ani go było ruszyć, na naszego małego Niunia powarkiwał z daleka, na Madę warczał ostro i gniewnie, w ogóle był nie ten pies co zawsze – zrobił się z niego taki Dr Jekyll i Mr Hyde – raz osowiały i apatyczny, a raz agresor. :dribble: Sąsiedzki kundel (który z głupoty wlazł na naszą działkę – samobójca jeden! :beated: ) został przez Czedara tak zmaltretowany i zmieszany z błotem (dosłownie!), że się nawet pod naszą furtką przestał pokazywać (a do tej pory żyli w izolacyjnej, „przezpłotowej” zgodzie…)!
Taki ponury nastrój panował do wieczora. Kiedy zaczęłam szykować michy z kolacją, Czedar był łaskaw rzucić okiem w kierunku kuchni. Poruszył nosem kilka razy i… ociężale zlazł z kanapy. Przyszedł statecznym krokiem (nie)głodnego labradora pod blat kuchenny, walnął się był z hukiem na podłogę i merdnął kilka razy ogonem. Nabrałam nadziei…
Kiedy niosłam miski do psiej jadalni, Madera oczywiście czyniła szalone podskoki waląc łepetyną o moje łokcie, licząc na to, że może coś upuszczę i da się zeżreć wcześniej, Czeduś natomiast na spokojnie ruszył za mną, poczekał na michę i zaczął jeść. Jadł tak irytująco powoli, że Maderę roznosiło – no jak to, ona już swoje zeżarła w 30 sekund i mogłaby jemu też zeżreć, a tu guzik – on sam żre! :< W pewnym momencie nie zdzierżyła, podskoczyła Czedarowi pod mordkę i dawaj wpieprzać jego kolację! Czedar warknął groźnie, Mada odskoczyła na bezpieczną odległość, on liznął jeszcze ze 3 razy i dał sobie spokój. Wylazł z jadalni, skoczył na kanapę i poszedł spać. Ja w euforii, że chociaż pół kolacji zjadł, Mada w euforii, bo drugie pół kolacji jej się trafiło (ona ma takie tempo żarcia, że zabranie jeszcze pełnej miski graniczy z cudem! ;D ), a Czeduś chrapał snem sprawiedliwego!
Kolejnego dnia rano, bez specjalnej zachęty Czedarek zjadł śniadanie normalnie, obiad też, kolacja także poszła, zaczął się bawić, przestał warczeć, no i rzecz najważniejsza – powrócił do zwyczaju czyszczenia buzi po jedzeniu! :papa:
Wygląda to mniej więcej tak, że nażarty Czeduś wyłazi z psiej jadalni, z rozmachem wpada na dywan, po czym wypina zadek z ogonem do góry, zaś pysiem szufluje po dywanie, wycierając pyszczek i pomrukując rozkosznie. :-P Jeśli nie ma wystarczająco dużo miejsca na dywanie (zabawki i te sprawy), brzegi kanapy, tudzież fotela też się przydadzą – pies jedzie mordysią w jedną stronę, potem w drugą, potem wraca jeszcze raz, a następnie z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku wali się z łomotem na podłogę i wiąże sadełko… :)

E. Frankiewicz - 17-04-2015, 12:19

Czuje dusza moja, że jeszcze kilka dni i mój ślubny wyrzuci mnie razem z córką i psami z domu… Ale faktem jest, że Madera i Czedar mają coraz lepsze osiągnięcia… :-P
Nasz tak zwany ogród coraz bardziej wygląda niczym skrzyżowanie kopalni piachu z bardzo zaniedbanym ugorem. ;] Ostatnie ciepłe dni sprawiły, że nasze Burki kochane mnóstwo czasu życzyły sobie spędzać na dworze i nawet za żywnościową łapówę nie chciały wracać do domu. W końcu się poddałam – wystawiłam michę z wodą na taras, dziury w płocie zastawiłam dechami i cegłami i pozwoliłam im ganiać, bo w przeciwnym wypadku dzieci i mąż umarliby z głodu, syn dodatkowo zwiększyłby swoją wagę przy pomocy produkcji w pieluszce, córka zaś chodziłaby do szkoły z nieodrobionymi lekcjami. :-P
Tych kilka dni wystarczyło, żeby nasze 6 świerków (pracowicie kradzionych przez mojego męża w Tatrach – na szczęście nie z rezerwatu, bo chyba bym go zabiła! – i niesionych ofiarnie przez 8 km pod pachą :bad: ) straciło czubki, styropian ze ściany garażu został pracowicie objedzony, tuje chwieją się w posadach, bowiem dołki pod nimi systematycznie zwiększają swoje rozmiary, zaś poduszki z tarasowych krzeseł walają się w postaci drobnych szczątków w okolicy szamba. :bad:
Nasza kocica popadła w desperację, bo już ani kawałka miejsca w ogrodzie nie ma, żeby się bezpiecznie powygrzewać w słoneczku, w ramach protestu przestała z nami rozmawiać na całe 3 dni, jeść przychodziła dopiero późnym wieczorem, kiedy psy już chrapały snem sprawiedliwego i dobitnie dała nam do zrozumienia, że od tej pory na myszy możemy polować sobie sami! :<
Ukoronowanie psich wysiłków w zakresie dewastacji działki miało miejsce wczoraj, kiedy i Madusia i Czeduś gorliwie pomagali mężowi „przygotować grunt” pod płyty ażurowe, które mamy zamiar położyć na wjeździe do garażu. Jak łatwo można się domyślić, ślubny był zachwycony psią pomocą… ]:)
Wspólna robota zaczęła się już przy wbijaniu palików. Mąż wbił drewienko, odwrócił się tyłem, żeby wbić kolejne naprzeciwko i zanim się zorientował, Czedarek po cichutku wyjął pierwszy palik i zamienił go w drewniane wiórki. 8) Ślubny ryknął głosem rannego żubra, ale nic mu to nie dało, palik niestety już nie żył i nawet na reanimację nie było szans! :-P
Tym samym została podjęta decyzja, aby drewno zastąpić metalem, w (nie)słusznym przekonaniu, że tego Czedarek nie da rady pożreć. Zanim metalowe pręciki zostały przyniesione z garażu, drugie drewienko również zostało zamienione w wiórki, wprawdzie nieco większe (widać, że się psu spieszyło, bo a nuż zabiorą… :-P ), ale nadające się jedynie do palenia w piecu. Czedar z radosnym wyrazem pysia spoglądał na męża, machał bardzo uprzejmie ogonem, zupełnie jakby pytał: „no i co, ładnie ci pomogłem?” ;D Mąż nic nie powiedział, bo słów mu zabrakło (dźwięków nieokreślonych owszem, wydał całkiem sporo ;D ).
Z dziką furią w oczach ślubny ponownie poszedł do garażu, uzbroić się w broń zaczepną i odporną (szpadel, sznurek, młotek i nożyce do cięcia stali), bezmyślnie jednak zostawił na dworze pudełko z metalowymi pręcikami… :( Przypomniał sobie o tym po chwili, wyleciał z garażu jak obłąkany, ale oczywiście było już za późno – tym razem Madera trzymała pudełko w pysku, Czedar tylko pozbierał to, co Madziora pogubiła, po czym oba psy rozpoczęły szaleńczy galop po ogródku. :dribble: Mąż leciał za nimi i zbierał to, co gubiły i nawet po 35 minutach udało mu się zebrać wszystko. :D Cała trójka usiadła ciężko na trawie, ledwo dysząc (to tylko mąż :shy: ), a w powietrzu warczały emocje (i mąż :doubt: )…
Po 10 minutach energicznego ziajania ślubny podniósł tyłek celem zabrania się za robotę. Psy też się podniosły… :) Mąż potoczył wkoło krwawym spojrzeniem wampira, zagulgotał coś niczym pijany indor i zaczął wbijać paliki. ;] Robił to z taką siłą, że bałam się, czy młotek wytrzyma… ;D Psy próbowały oczywiście wyciągać, ale tym razem nie dały rady…
Mężuś rozciągnął sznurek między palikami (próby przegryzienia sznurka przez Madę zostały unicestwione natychmiast), wziął do ręki szpadel i zaczął kopać dołek na krawężnik. Psiaki radośnie dołączyły się do niego, stanęły po obu jego stronach i dawaj grzebać w ziemi. Cała trójka wyglądała jak stado rasowych terierów wysłanych na przymusowe roboty ;D , współpraca szybko się jednak skończyła, okazało się bowiem, iż pojęcia równości, poziomu i głębokości są naszym psom nie znane. :bad: Mąż z lekka zamierzył się szpadlem (licząc, jakże głupio, na przestraszenie psów, te jednakże wiedzą doskonale, że ostatnią rzeczą jaką pańcio mógłby zrobić jest zrobienie krzywdy żywemu stworzeniu :-P ), Czedarek natychmiast więc złapał trzonek szpadla w zęby i zaczął się z nim kręcić jak na karuzeli. :haha: Madera podskakiwała z boku i łapała pańciusia za nogawki spodni. :haha: Nierówna walka zakończyła się remisem – szpadel z lekka nadgryziony powędrował do garażu, spodnie nieco bardziej nadgryzione powędrowały do prania i szycia, psy syte rozrywek ochlały się wodą i padły, mąż zgrzytał zębami, aż mu dym uszami szedł, ja wraz z córką zarykiwałyśmy się ze śmiechu na tarasie, a układanie ażurów rozpłynęło się we mgle przyszłości… :-P Może pomyślą logicznie i położą się same? :(

Ryniu - 17-04-2015, 12:53

Jednym słowem mąż powinien płacić abonament Tobie za dodatkową rozrywkę przy pracy :)
Ewelina - 17-04-2015, 13:13

Cudowne zdjęcia leniuszków. Dużo zdrówka życzymy ;*
anna34 - 17-04-2015, 13:54

No dobrały się jak w korcu maku gamonie dwa,no żeby nie było,że mąż też :-P
Madlen - 17-04-2015, 15:22

E. Frankiewicz napisał/a:
Może pomyślą logicznie i położą się same?
A najlepiej ciemną, głęboką nocą kiedy futra smacznie śpią :D
E. Frankiewicz - 23-06-2015, 14:44

Długo nas na forum nie było... :cring: Niestety, obowiązki dziecięco - szkolno - pieluszkowe oraz zdrowotne atrakcje z psami (które opiszę niedługo) spowodowały zastój pisarski (Pegaz zdechł, zamiast mi nad głową hulać... bydlak jeden! :bad: )

Jeszcze pod koniec marca mieszkał u nas w domu garbaty labrador – Madusia wyglądała jak okazały dromader. Obstawialiśmy zgrubienie poiniekcyjne, ale przez 3 dni niewielka gulka urosła do rozmiarów pomarańczy. Po raz kolejny zawitałam do psiej kliniki (o rrrrany!!!), pani wet jak nas znowu zobaczyła, to zaproponowała nam dla Maderki stały leżaczek, miseczki i 24 – godzinne drapanko, doszła bowiem do wniosku, że tak wytrwałej stałej pacjentki to klinika jeszcze nie miała. :-o Gula została nakłuta i okazało się, że jest ona efektem wrestlingu dwupaszczowego z Czedusiem – to krwiak! Najprawdopodobniej podczas zapasów Madera musiała huknąć grzbietem o krawężnik i to na tyle skutecznie, że zamieniła się w wielbłąda… ;]
Mimo psiego zrozumiałego rozpaczliwego krzyku, krew z garbu została igłą wyciągnięta (pełna nerka krwi i 14 zużytych igieł!!! :dribble: ), zaaplikowano piesowi zastrzyk w zadek (zgroza!!! ]:) ), pańcię pozbierano z podłogi (soli trzeźwiących nie mieli, ale wody dostałam, bo na widok krwi cudzej i własnej niestety odpływam w niebyt 8) ) i zaordynowano tabletki do brania przez 5 dni. Na koniec uszczęśliwiono Maderkę i mnie stwierdzeniem, że za 2 – 3 dni mamy ponownie przyjść na ściągnięcie krwi z garbu i zastrzyk… :bad: Za jakie grzechy?!!!

E. Frankiewicz - 25-06-2015, 15:34

Kilka dni po uprzednio opisanych "atrakcjach" ponownie udałam się do psiej kliniki, celem przerobienia wielbłąda z powrotem na labradorkę. Krwawej jatki było nieco mniej, pan wet wykorzystał zaledwie (?!) 5 igiełek, Madziora próbowała wykorzystać zęby do ugryzienia doktora w rękę, ale był sprytniejszy :-P , zastrzyk w zadek się odbył i mogłam zabrać obrażonego i nafochowanego psa do domu. ;]
Jak tylko przyjechałyśmy, Czeduś wypadł z domu i z ogromnym współczuciem zabrał się za wylizywanie Madusiowego pokiereszowanego igłami karczku. Madzior rozanielony poddawał się pieszczotom, pomrukując z zadowolenia ;* , Czeduś natomiast szybko zaczął podpluwać kłakami. :-o
Kiedy już Madera otrząsnęła się po obrzydliwych przeżyciach, a Czeduś wykasłał z siebie szczątki jej futra, oboje byli uprzejmi upomnieć się o michę. Upominanie o żarcie w wykonaniu naszych psów jest co najmniej interesujące – najpierw leżą spokojnie (zazwyczaj w dwóch końcach kanapy) i tylko wymownie na mnie spoglądają :< (tak mniej więcej pół godziny przed porą karmienia). W miarę upływu kolejnych minut, kiedy już psy zorientują się, że samo spojrzenie nie wystarczy, na mój widok u Madery zaczyna się przymilne majtanie ogonem, zaś u Czedusia jękliwo – zawodzące pomruki, przechodzące chwilami w tonację żałobnego marsza. :greedy: Oboje wyglądają wówczas jakby głodowali co najmniej miesiąc… :dribble:
Kiedy już wredna pańcia raczy się wreszcie zorientować w czym rzecz (ale te ludzie są tępe!!! :bad: ), należy pogłaskać psiaki, wydrapać czułe miejsca na brzuszkach i za uszami, grzecznie i uprzejmie (podstawa!) obiecać pieskom jedzonko za chwilę i nie ma przebacz – jazda do kuchni, szykować michę! 8) Na ten moment obydwoje plącza mi się pod nogami, kładą się na trasie kuchnia (gdzie znajduje się ryż) – spiżarka (tam są puszeczki z mięskiem) i w ogóle robią się wściekle towarzyskie zwierzaki. Kiedy już wreszcie nadchodzi ten upragniony moment, kiedy (stanowczo zbyt powolnie! ;] ) otwieram drzwi do psiej jadalni, słyszę za sobą wdzięczny tupot pazurków – czekoladowo – biszkoptowa asysta nie spuszcza ze mnie wzroku. Oczywiście najpierw następuje jęk zawodu – zamiast sięgnąć po michy na żarcie, biorę michy z wodą, co by ją na świeżą i zimną wymienić, w tym momencie wyrzut w psim spojrzeniu jest niesamowicie wymowny – „no jak ty mogłaś nas tak boleśnie oszukać?!” :( Kiedy już woda zostanie wymieniona, a psy z żalem skonstatują, że żarcia w niej nie ma, depczą mi po nogach i popychają mnie nosami do swojego pokoju, żebym wreszcie sięgnęła po te właściwe „talerze”. W chwili, kiedy mieszam im mięcho z ryżykiem, Czedar siedzi przy mojej prawej nodze, Madera przy lewej – tym sposobem ślina, która im cieknie z pysiów trafia (z podziwu godną i mokrą skutecznością!) w moje kapcie… :D Gdy już w kapciach jest totalny potop szwedzki, można michy zanieść do psiego pokoju. Psy doskonale wiedzą, w której ręce jest czyja miska, więc Madera wali łepetyną w mój lewy łokieć, Czeduś w prawy (bo może akurat coś zgubię…), a ja muszę działać bardziej doskonale niż balet radziecki – nóżka w prawo, nóżka w lewo, i jeszcze ramę trzymać… ;D
W dzikim przepychaniu włazimy do jadalni (równym krokiem trójkowym), gluty wiszące z mordek mają już długość papieru toaletowego, a trasa kuchnia – psia jadalnia zamienia się w przeszkodę terenową o wilgotności 100%. :-P Michy zostają postawione, a nasze psy zamieniają się w maszyny ciapiąco – mlaszczące :greedy: – odgłosy dochodzące z psiego pokoju przypominają dźwięki wydawane przez stado niedźwiedzi grizzli podczas sutego posiłku… :haha:

aganica - 25-06-2015, 15:52

E. Frankiewicz napisał/a:
ponownie udałam się do psiej kliniki, celem przerobienia wielbłąda z powrotem na labradorkę.
Czy doktor nic nie mówił o opatrunku uciskowym? Pytam bo...miałam tą samą sytuację, tylko po zabiegu operacyjnym. Jeden lekarz opróżnił "wielbłąda" a drugi powiedział .. tego się nie robi bo, im więcej odciągniemy - tym więcej napłynie /przesączanie komórkowe/ założył opatrunek i odwinął po tygodniu . Efekt nadspodziewanie pozytywny.
Barbi - 26-06-2015, 07:23

Swietnie opisujesz codzienne życie z labkami.
Nie piszesz czasami bloga?:-)

Ryniu - 26-06-2015, 09:49

Czedar jest na blogu ale tu :) http://adopcje.labradory....-czesc-trzecia/
E. Frankiewicz - 26-06-2015, 14:54

aganica napisał/a:
E. Frankiewicz napisał/a:
ponownie udałam się do psiej kliniki, celem przerobienia wielbłąda z powrotem na labradorkę.
Czy doktor nic nie mówił o opatrunku uciskowym? Pytam bo...miałam tą samą sytuację, tylko po zabiegu operacyjnym. Jeden lekarz opróżnił "wielbłąda" a drugi powiedział .. tego się nie robi bo, im więcej odciągniemy - tym więcej napłynie /przesączanie komórkowe/ założył opatrunek i odwinął po tygodniu . Efekt nadspodziewanie pozytywny.


U nas ten garb rósł niesamowicie szybko, było podejrzenie, że to jakiś parszywy guz, dlatego nakłuwała i wtedy okazało się, że to krwiak. Potem kazała jeszcze raz przyjść do ściągnięcia, a potem to już czekaliśmy aż się wchłonie. O opatrunku uciskowym mowy nie było. garb złaził dwa tygodnie, ale na razie nie ma śladu.

E. Frankiewicz - 26-06-2015, 14:57

Barbi napisał/a:
Swietnie opisujesz codzienne życie z labkami.
Nie piszesz czasami bloga?:-)

Ryniu to robi za mnie... :-P A blog... może kiedyś... :haha: Dzięki za komplement. ;* Może jak napiszę jeszcze kilka postów, to Rysio zrobi część czwartą o Czedarku...? ;D

E. Frankiewicz - 27-06-2015, 17:03

I stało się... dnia 20 kwietnia roku pańskiego 2015...
O 15 musiałam zawieźć Madę na zabieg podszycia kikuta macicy… :cring: Miałam stresa jak cholera! A psy były śmiertelnie obrażone, bo nie dostały śniadania. ]:) Madera programowo przed zabiegiem, a Czedar przez solidarność z siostrzyczką. Żadne z nich nie rozumiało o co chodzi, chodziły za mną jak cienie, trącały mnie nosami, łapały zębami za palce rąk (mięsa im się chciało, czy co?! :doubt: ) i w ogóle potykałam się o nie na każdym kroku. Tłumaczyłam im, jak komu dobremu, że dzisiaj obowiązuje głodówka, sama też nic nie jem, żeby psiakom przykrości nie robić, ale te argumenty nie wystarczały. ;D

Najlepsze rzeczy w ogóle dzieją się kiedy karmię syna, Mada zasiada po prawej stronie, Czeduś po lewej i oboje czekają na to, co dziecko zgubi lub wypluje z buzi. :greedy: Potem następuje akcja wyżerania sobie spod pyska najlepszych resztek, ruchem jednostajnie przyspieszonym obydwa psy wpadają pod dziecinne krzesełko, wylizując wszystko co jadalne (oraz to, co niejadalne także ;D ). Na koniec wylizują dziecku buzię, śliniaczek, ewentualnie porteczki i bluzeczkę, wymyją dokładnie jęzorami krzesełko i w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku zalegają na kanapie. ;*
W ogóle nasze psiury zrobiły się sępy nad sępami. Wyczuły, dranie jedne, że najbardziej można obłowić się żywieniowo właśnie przy dzieciach. :dribble: A dzieci też wyczuły, że jak matka z ojcem nie widzą, to psy mają radochę podwójną… :-P
Najlepsze numery odstawiają właśnie przy karmieniu naszego 16 – miesięcznego Niunia, który zawsze był dzieckiem żertym, ale ostatnio obraził się na jedzenie i woli uprawiać wspinaczkę po meblach. Psy mu wiernie asystują przy każdym kęsie, ale Młody już załapał, że najlepsza zabawa jest wtedy, kiedy się coś wypluwa. Bierze więc do buzi kawałek kanapki, po czym ucieka w drugi kąt pokoju (psy za nim), wypluwa nad psimi mordami i przychodzi po kolejny kęs. 8) Psy wyrabiają maratonową normę za tydzień z góry, kiedy tak latają po całej „salonojadalni”, Mały zyskuje figurę modela, psy zaś – no cóż – dobrze, że sporo biegają, bo przemieniłyby się na tym chlebie w rasowe tuczniki. :haha:

Joanna O. - 27-06-2015, 19:11

Pozdrawiam całą Czedarową Rodzinę. ;*
Życzę dużo zdrówka dla Madery i Czedara. :)
Ale i tak i tak widzę, że nie można się z Maderą i Czedarem nudzić. :-P :shy:

E. Frankiewicz - 27-06-2015, 23:02

Joanna O. napisał/a:
Pozdrawiam całą Czedarową Rodzinę. ;*
Życzę dużo zdrówka dla Madery i Czedara. :)
Ale i tak i tak widzę, że nie można się z Maderą i Czedarem nudzić. :-P :shy:


Słowo "nuda" nie istnieje w naszym psim słowniku... ;D

E. Frankiewicz - 28-06-2015, 16:06

Po operacji Maduś wrócił do domu dopiero następnego dnia rano. :( Zabieg się skończył bardzo późno, po 22 dopiero (podobno robota była koronkowa, na temat efektów będzie można coś powiedzieć za kilka dni :( ) i pan wet (cudowny człowiek :heart: ) zdecydował, że ponieważ ma nocny dyżur, zatrzyma naszą psinę do rana pod przeciwbólową kroplówką i swoją czułą opieką. ;* Z jednej strony byłam zadowolona, bo całą noc bym przy psie warowała, z drugiej – pustka w domu… :cring:
Faktem jest, że i tak całą noc miałam z głowy. Czedar całe popołudnie szukał siostrzyczki, i w ogródku (wykopał chyba z pięć dołków tam, gdzie ostatnio wylegiwała się Mada ;] ), i w całym domu. Wieczorem już dostał szału, chodził za mną krok w krok, wzrokiem mówił mi wyraźnie „no i gdzie ty, babo jedna, mi Maderę wywiozłaś?!” :bad: , czułam się jak sadystka i prawie morderca. Snuł się po całym domu jak smród po gaciach, wskakiwał na kanapę i złaził po kilku sekundach, poprzewracał miski w psim pokoju, z psich kocyków zrobił wielką, skotłowaną górę szmat, na której uwalił się z jękiem tylko po to, by za 2 minuty wstać i znowu patrzeć na mnie jak na wyrodną pańcię. :confused: Jak wyszliśmy na ostatni spacerek o 23 darł pysk na całą wieś, w tonacji wyjąco – sfrustrowanej, obrażony był na mnie śmiertelnie ]:) , w ramach zemsty znokautował kocicy drapak, w gębę wprawdzie od niej dostał, ale wyraźnie miał to gdzieś, wykłócał się zajadle z sąsiedzkim Bouvierem (z którym się w ogóle bardzo lubią) i gryzł wszystko z furią i taką jakąś wściekłą zaciętością. :< Normalnie był zły, że mu siostrzyczkę zabrali!!! ]:)
W nocy urządził sobie trasę wędrówki przez środek naszego łóżka, kręcił się, siadał, wstawał, kładł się, potem zaczął piszczeć, jojczał i marudził do rana. :( A jak już przywiozłam Maderę z kliniki, pierwsze co zrobił do wycałował ją dokumentnie, do tego stopnia, że z niej ciekło. ;D I dopiero potem zaczęło być wesoło…

E. Frankiewicz - 29-06-2015, 11:53

Czedar + Madera + szwy na brzuchu = istna masakra! Wbrew wszystkim obiegowym opiniom, iż istota po operacji wymaga rekonwalescencji, Madera uruchomiła całe swoje psie ADHD. ;D Ledwo dojechałyśmy do domu, już wyraziła zapał do skakania, zabawy i ogólnego szaleństwa. Z trudem wyhamowałam psie zapędy, zamknęłam brunatnego łobuza w psim pokoju, licząc (jakże głupio! ;] ) na samoistne uspokojenie zwierza. Szybko dotarło do mnie, że mogę się ugryźć… :-P Psy wyszły z założenia „śnij babo dalej!”, Czedar wył głosem zbolałego kojota pod barierką do psiego pokoju :cring: , zaś Madera natychmiast zaczęła wypruwać sobie szwy z brzucha. ]:) Pognałam biegiem do samochodu po plastikowy kołnierz, który w naszym psio – ludzkim plemieniu istniał już od lat, jeszcze po naszej poprzedniej labce Bajeczce. Ubrałam psa, przerabiając go na lampę i wypuściłam z kojca – nie zdzierżyłam Czedusiowego wycia… Dodatkowo metodą chałupniczą spłodziłam ubranko pooperacyjne dla Mady, z mojej starej bluzki. Madzior oszalał, natychmiast obtłukła kołnierzem dwie ściany :dribble: (pracowicie przed rokiem obkładane ozdobnym kamieniem przez mojego męża – już widzę co będzie, jak wróci on do domu… :beated: ), wylała wodę z obu psich misek, robiąc na środku przedpokoju bajoro, rozdarła poduszkę na fotelu, by w końcu spojrzeć na mnie wzrokiem zbolałej łani. :( Wiedziałam doskonale co chce mi powiedzieć i czułam się jak morderca zawodowy… :matrix: Ale nie było wyjścia (przynajmniej tak sądziłam :confused: )…
Do wieczora zapanował umiarkowany spokój, Madzior nafochowany kołnierzem i kiecką przestał ze mną rozmawiać, Czedar chodził za nią krok w krok i próbował pocieszać. Za to w nocy zrobiło się wesoło. Po ostatnim spacerku (odbytym oddzielnie z każdym psem) byłam przekonana, że spokojny sen to jedyna możliwa rzecz na jaką mnie stać. :| I faktycznie, przez 2 godziny spałam, niekoniecznie spokojnie, bo udeptywana przez Maderę, ale za to martwym bykiem. :girl: Po dwóch godzinach usłyszałam dziwne dźwięki – jakby chrupanie? :< Ocknęłam się z trudem i przyłapałam Czedusia na działalności rozrywkowej – kołnierz Maderowy był zdjęty i zeżarty w połowie!!! :-o Szwy jeszcze były.
Z samego rana wyrwałam się do sklepu zoologicznego, żeby kupić kolejny kołnierz, tym razem dmuchany. Kupiłam, założyłam i… przetrwał do wieczora. :-o Równo z wybiciem godziny 18, wchodząc do domu po spacerze z Niuniem, usłyszałam złowieszczy syk – oczywiście nie miałam specjalnych złudzeń, że w domu wyhodowaliśmy groźną żmiję – raczej groźnego Czedara… ;D Kołnierz był już w dwóch kawałkach i dogorywał, Madera natomiast, cała szczęśliwa, wylizywała Czedarowe ucho (na pewno z wdzięczności :D ).
Kołnierzom dałam spokój. Wywlokłam z szafy kolejną starą bluzkę, ubrałam psa, obszyłam gdzie się dało, dziura na ogon została wycięta i system się sprawdzał przez 3 dni. Dokładnie 3 dnia rano okazało się, że szwy przegrały z Madowym ADHD i rozlazły się, otrzewna wylazła na zewnątrz brzucha. :bad: Ogłosiłam czerwony alarm, psa w samochód i do kliniki z powrotem. :dribble:
W klinice psiura dostała kolejną narkozę, dwie godziny trwało prucie starych szwów, łatanie dziury w środku oraz ponowne zszywanie :cring: , na szczęście pan doktor, na którego padł zabieg (w dzień wolny od pracy – teoretycznie) okazał się profesjonalistą (poza tym zna Maderę doskonale… ;D ), pozszywał piesa skutecznie i podwójnym szwem i zalecił na najbliższe 10 do 12 dni hydroxyzynę dla uspokojenia (dla psa oczywiście, pańcia wolała kielicha! :-P ).
Tym razem piesa została ubrana w profesjonalne ubranko pooperacyjne, mimo prób poszarpania zdjąć się nie dało (świnie te ludzie po prostu! ]:) ), brzuch się drapać nie dał i pies dostał szału! :-> Czedar został na noce oddelegowany do moich rodziców (bo nocami najbardziej pomagał Maderze w rozbieraniu się), wiernie z nimi spał – łeb na podusi, dupcia na ludzkich nogach – mój tatuś był uszczęśliwiony :papa: – Madzior zaś nocami dostawał podwójnego świra, bo nie dość, że Czedusia zabrali, a jej nie, to jeszcze brzuch swędzi i podrapać się nie można, kieckę założyli, świństwo, draństwo i hańba dla psa!!! :doubt:

Barbi - 29-06-2015, 19:17

Życzę wytrwalosci w rekowalescencji. To Wam Psia ekipa dostarcza wrażeń .
E. Frankiewicz - 05-08-2015, 13:10
Temat postu: Madery rekonwalescencji ciąg dalszy...
W ramach pierwszomajowego pochodu wybrałyśmy się z Maderką na ostatni wieczorny spacerek przez wieś (przynajmniej taki był plan ;] ). Godzina 23, okoliczne pijaczki już śpią na ciężkiej lub lżejszej bani (w tym ostatnim wypadku z okolicznych chaszczy od czasu do czasu rozlegały się jakieś stęki i pobekiwania :beated: ), sąsiedzkie psy odbywają wypady na atrakcyjne suczki (taka jedna bardzo atrakcyjna na szczęście mieszka na drugim końcu wsi, więc u nas cisza), księżyc daje czadu niczym latarnia morska – żyć, nie umierać! 8)
Madera wypadła z domu, na przydomowym trawniku załatwiła najpilniejsze potrzeby (bo po co zanieczyszczać wsiowe trawniki, pańcia i tak g… posprząta! :-P ) i skierowała się w stronę garażu, z nadzieją, że gdzieś znajdzie naszą kocicę i będzie miała kogo ganiać (ale kota nie taka głupia, żeby się psu pod mordkę podstawiać). W połowie podjazdu nagle ją zastopowało…
Pierwsze pociągnięcie nosem – i zdziwienie – coś pachnie dziwnie, jakby błotnie. :-o Drugi niuch – to samo, nadal błotem śmierdzi. :-o Trzeciego niucha nie było – błotne coś się poruszyło, więc Madzior odbił się wszystkimi czterema łapami i wylądował pod bramą, cały zjeżony, kły wyszczerzone jak u wściekłego zwierza, ogon dla pewności schowany między tylnymi łapami. :dribble:
Z ciekawości podeszłam zobaczyć cóż tam takiego ciekawego i strasznego jest. Co się okazało? Żaba. Wielka, oślizgła, skacząca i w ogóle obrzydliwa, nie dziwię się psu… :|
Kiedy Madera zobaczyła, że podchodzę do tego nieprzewidzianego na trasie wroga, postanowiła również się zbliżyć. Na ugiętych nogach, ze sztywną szczotką sierści od łba do ogona oraz głuchym bulgotem wydobywającym się z gardzieli powoli zbliżała się do żaby. Parę niuchów nosem i kolejny odskok, tym razem pod garaż – żaba znowu ośmieliła się poruszyć (wredne bydlę! :bad: ).
Taka zabawa w kotka i myszkę trwała dobrą chwilę, do momentu, kiedy Madzior przestał się obawiać żabich skoków. Najpierw próbowała ją polizać, natychmiast potem zaczęła rozgłośnie pluć i fukać (mięcho jadalne nie było… :dribble: ), a w końcu oszalała z radości – Czedusia wprawdzie nie ma, za to jest żaba do zabawy. :papa: Przewracała żabę łapą, waliła w nią nosem jak w bęben, poszczekiwała, aż wreszcie złapała ją do pyska i dalejże podrzucać. Żaba w tym wszystkim nie była nawet draśnięta, ni zębem, ni pazurem, ale ze strachu zdążyła pewnie umrzeć na zawał. ;D
Żabio – labowa zabawa trwała ze 40 minut, dopóki Madera nie uznała, iż walka z nieruchomym przeciwnikiem nie daje satysfakcji. :-> Porzuciwszy żabę na rzecz dopatrzonej właśnie naszej kocicy Madusia ruszyła w pogoń i srodze zawiodła się w swoich rachubach, kota bowiem szmyrgnęła pod płotem do sąsiadów, Madzior zaś ćwieknął łbem o siatkę, aż zadzwoniło! Kiedy już minęło ogłuszenie, mogłam wreszcie powlec „rekonwalescentkę” (ha, ha, ha! :D ) do domu. Była niemal 1:00… ]:)

E. Frankiewicz - 17-08-2015, 11:42
Temat postu: Maderka i jej psie ADHD-c.d.
Zapisane dnia 5 maja roku pańskiego 2015

Ostatnie 12 dni wspominam niczym senny koszmar, z Maderą w roli brunatno – krwawego upiora… :doubt:
Pierwsze trzy dni od ponownego szycia, to było ciągłe babranie się rany, przemywanie wodą utlenioną, zasypywanie Dermatolem, zaklejanie plastrem (który Madera usiłowała zżerać :bad: ), zmiany opatrunku i wizyty kontrolne w klinice. Hydroxyzyna była podawana na grubo, teoretycznie uspokojony pies nieco więcej spał, żarł jak maszyna i na widok ludzi podskakiwał jak piłka, co za każdym razem przyprawiało mnie o dreszcz rozpaczy i paniki, że znowu się szwy sprują :-o (się nie spruły!). Spacerki piesy odbywały oddzielnie, ku oburzeniu Madery, której w udziale przypadły jedynie krótkie wyjścia po wsi (zalecenia lekarskie, psia kość! :cring: ). Czeduszek został na 12 dni (a właściwie nocy) przymusowo zesłany do moich rodziców, obaj z moim tatusiem sypiali razem pysio w pysio (ku obopólnej satysfakcji ;* ), trzeciej kolejnej nocy Czedar zaś był uprzejmy z takim łomotem wskoczyć na wyrko moich rodziców, że je aż zawalił. ;] Mój ślubny dostał pienistego szału, kiedy dowiedział się, że z powodu PSA (zgroza i obłęd w paski!!!) musi naprawiać łóżko, stwierdził, że wszystkiego by się spodziewał, ale nie tego… :confused: Wieczorne spacerki Czedi odbywał z moją mamusią, zasrywając pół osiedla z dziką satysfakcją wizytatora oraz oblewając każde drzewko, słupek i koło samochodu. Wściekle zaprzyjaźnił się z wiekową labradorką sąsiadów, do tego stopnia, że pchał się pod jej drzwi i popiskiwał nagląco. Popiskiwanie miało wydźwięk surmy bojowej i zmuszało właścicieli labki do przymusowych spacerków w okolicach 23:00 oraz 6:00 rano… Ich szczęście nie znało granic. ;D Na szczęście lubią labradory, nawet te zwariowane.
W ciągu dnia wyprawialiśmy się z Czedarkiem na spacerki pod las (nie do lasu niestety, bo kleszczy jest cała masa, a ja mam do tych swołoczy ciężki uraz osobisty! ]:) ), Czeduś nie był zachwycony, że pokłusować po chaszczach nie może, powarkiwał na mnie z niesmakiem, usiłował wlec mnie siłą (przez góry i wądoły) do środka lasu, a kiedy protestowałam, stawiał opór czynny i kładł się na ulicy :< , dając mi do zrozumienia, że i tak w upatrzonym przeze mnie kierunku ani myśli iść. 8) Niestety, uległam i dałam się skorumpować – łapówki żywnościowe zaczęłam nosić po kieszeniach, w przeciwnym wypadku bowiem powrót do domu stawał się marzeniem ściętej głowy i moim pobożnym życzeniem… :haha:
Po każdym powrocie z takiego spacerku zastawaliśmy Madusię ciężko obrażoną, nadętą jak purchawka i w ogóle odwracającą się do nas ogonem. :| W jej ślepiach był taki wyrzut, że ja osobiście czułam się jak średniowieczny łowca czarownic i barbarzyńca w jednym. :beated: Czedar był mniej wrażliwy. I mimo, iż zabierałam brunatnego łobuza na ponowny spacerek przez wieś (w ramach rekompensaty i osobistych wyrzutów sumienia), nadal czułam się jak zwyrodniały hycel. :| Ach, to psie spojrzenie, jego wymowa ma siłę czołgu i odporność podkładu kolejowego… ;D

E. Frankiewicz - 19-09-2015, 01:08
Temat postu: Madery rekonwalescencji ciąg dalszy...
Zapisane 6 maja 2015

Dzisiaj Madziorowi zdjęto wreszcie szwy. :papa: Pies jednak nadal jest nie w sosie, liczył bowiem na to, że po zdjęciu szwów pozbędzie się również pooperacyjnej kiecki, a tu guzik, pani wet kazała jeszcze 3 dni piesa ubierać, żeby się nie rozlizał. :bad: Normalnie, skaranie boskie z tymi ludźmi, nie dość, że wysyłają psa na operację, fundują narkozę, kroplówki, piguły, szyją, prują, znowu szyją, potem znowu wszystko wypruwają, to jeszcze na dodatek kiecę każą nosić!!! ]:) A won ode mnie pętaki, bo was pogryzę!!! :doubt:
Tak jak wcześniej Czeduszek dawał popisy w klinice wet, to tym razem występy zorganizowała Maderka. Już z samochodu wysiadała lekko nafochowana, ale ogon jeszcze się majtał. Na trasie do gabinetu dwóch robotników siedziało sobie na pustakach (gabinet jest właśnie od nowa tynkowany) i jadło drugie śniadanie. Madzior podbiegł do nich, przymilnie zajrzał im w oczy, ogon wykręcił kilka śmigiełek, co miało sygnalizować: „Masz coś dobrego? Czuję, że masz. Nie bądź świnia, podziel się!”. :dribble: Jeden z facetów złamał się od razu i pies wzbogacił żołądek o kawałek wiejskiej kiełbaski (mniam, mniam!, dobre było, ale mało :-P ), drugi usiłował się opierać, ale jego drożdżówka szybko podzieliła los kiełbasy. :-P Psica zajrzała im jeszcze do butelek z piwkiem, ale tym już się swołocze podzielić nie chcieli, samoluby jedne! :->
Nie było wyjścia, ruszyłyśmy do gabinetu. Pies wlazł rozmerdany, zalizał panią z recepcji i… zobaczył panią wet, która miała zdejmować szwy (skąd Madziora wiedziała, że to właśnie ona, to ja sama nie wiem :confused: ). Pani wet jest bardzo przez Madusię lubiana, ale… nie dzisiaj. ;] Madera spojrzała na nią spode łba, na wszelki wypadek od razu wyszczerzyła kły, zaś z gardełka wydała z siebie subtelny głosik rozwścieczonego niedźwiedzia brunatnego. :bad: Niestety, pani doktor nie raczyła się przejąć psimi humorami, Madura została wepchnięta do właściwego pomieszczenia i z pomocą studentki podjęłyśmy pierwszą próbę przewrócenia piesa na grzbiet. :beated: Próbę nieudaną totalnie, trzeba dodać. Madzior się wyrwał i w te pędy wskoczył na krzesło, a z niego na biurko (chyba chciał na nas popatrzeć z góry… 8) ). Na biurku zapanowało pomieszanie z poplątaniem, klawiatura komputera została (dziwnym sposobem 8) ) wyrwana, osobisty stetoskop pani wet przeistoczył się w smętnie dyndający kawałek plastiku, zaś Madera podjęła próbę wypicia kawy, która sobie na biurku stała i czekała na wolną chwilę pani doktor. :dribble: Kawa była wprawdzie z mleczkiem, ale bez cukru, więc pies zaczął pluć i fukać, a w końcu rozgłośnie i z bezgraniczną obrazą ujadać, sugerując nam jakobyśmy czyhały na jej życie. :bad:
Udało mi się ściągnąć z biurka rozjedzonego i nieźle rozjuszonego psa, po czym nastąpiła kolejna próba zrobienia żuka z labradora. Tym razem dokooptowano drugą studentkę… Pies został przewrócony, ale jeśli miałam nadzieję, że to koniec walki, to wszyscy wiemy czyją nadzieja jest matką… ;D Najpierw Madzior zakrył szwy ogonem. Próba dotknięcia ogona skończyła się lekkim „mięsożerstwem” – jedna ze studentek została dziabnięta. ]:) Następnie ogon odsunęłam ja. Rozległ się warkot, ale bez pokazywania uzębienia. Pierwszy szew został wypruty i… pani wet odleciała od psa jak wystrzelona z katapulty. :beated: Co się okazało? Madera zasunęła jej solidnego kopniaka tylnymi łapami, a że pani doktor jest drobniutka (waży niewiele więcej niż Mada), to trudno nie było. :-P Zeskrobałyśmy panią doktor spod stołu lekarskiego, wkurzonego już do białej gorączki psa wyciągnęłam spod biurka, zawezwałyśmy dwóch silnych stażystów na pomoc (obaj założyli grube rękawice, takie, w których robi się kotom zastrzyki) i ponownie udeptałyśmy Madusię w pozycji żuczka – gnojaka. :cring: Biedny pies stracił już wszelkie złudzenia i poddał się z rezygnacją zabiegowi, płakał jednak głośno i donośnie, skowyczał jak kojot na prerii, tak że wszyscy pozostali psi pacjenci oczekujący na korytarzu dołączyli się do koncertu. :cring:
Szwy zostały zdjęte, pani wet ma siniaki, studentka ma ślady psich zębów, a stażyści wiedzą już po co mają rowki w tyłkach… :D Żeby pot miał im którędy spływać… Wesoło było… :haha:
[/u]

figula1 - 19-09-2015, 13:32

:D :D :D :D :D :D :D :D :D :D :D :D
anna34 - 19-09-2015, 15:27

Prawie posikałam się ze śmiechu :D
aganica - 19-09-2015, 20:33

anna34 napisał/a:
Prawie posikałam się ze śmiechu
Bo Ty młoda to..jeszcze trzymasz, ja popuściłam :D :D
Ryniu - 20-09-2015, 11:05

:haha: to mieli ubaw w gabinecie :)
E. Frankiewicz - 07-01-2016, 14:25
Temat postu: Pamiętnik labiej mamy-Madery i Czedara przygód ciąg dalszy
Zapisane 15 maja 2015 - ciąg dalszy pamiętnika labiej mamy

Nasze psiury zaliczyły pierwszy weekendowy wypad – pojechaliśmy sobie w góry, samochodem wypchanym do granic możliwości (ciekawe kto powiedział, że Audi B4 to pojemny samochód? :( ). Dwoje dorosłych, dwoje dzieci (w tym jedno półtoraroczne), dwa labradory… i 360 kilometrów do przejechania… :dribble:
Wyruszyliśmy o 14:00, przezornie wetknęłam piesom obiad dwie godziny przed odjazdem, bo by nas chyba zeżarły, jeśli miałyby jeść dopiero na miejscu, upchaliśmy graty do bagażnika, dzieci i psy do auta, dla nas samych już prawie nie było miejsca, ale pal licho, co przeżyjemy, to nasze! :-o Samochód wyglądał jak puszka, w której sardynki kisną w swoim własnym sosie. I tak zresztą się czułam… Najlepiej miał mąż, bo wepchnął się za kierownicę (była o to walka, kto by pomyślał, że miejsce kierowcy może być najlepsze? 8) ) i jedyną uciążliwością podczas 5 – godzinnej podróży był łeb Czedusia czule przytulony do jego kolana i skrzyni biegów.
Nasza córka zajęła całkiem niezłe miejsce na przednim siedzeniu (więc Czedi miał możliwość dokumentnego oblizywania jej gołych, kościstych kolan), natomiast ja zostałam skazana na miejsce z tyłu, po prawej stronie mając syna w foteliku, po lewej zaś 30 kilogramów brązowego futra zwanego Maderką (która pracowicie udeptywała mnie przez całą podróż :beated: ).
Niestety, audi mojego męża nie posiada tak wyrafinowanego urządzenia jakim jest klimatyzacja (a temperatura na dworze sięgała 27 stopni… ;] ), więc psiaki szybko wywaliły ozory i zaczęły ziajać. Zacap się zrobił w aucie taki, że siekierę można było powiesić, do tego jeszcze synuś skutecznie i wonnie zapełnił pieluszkę. :bad: Tym sposobem tuż przed Rzeszowem trzeba było się zatrzymać, przewietrzyć auto, odcedzić psy i przebrać syna oraz nakarmić dwójkę dzieci. Po godzinnym „prostowaniu łap” ruszyliśmy w dalszą trasę, już autostradą. Byliśmy już 30 km przed Krakowem, kiedy Czedar zaczął szczekać (a głosik ma donośny jak trąba jerychońska), Madera natychmiast zaczęła piszczeć, syn zaczął się drzeć, a córka wołać, że natychmiast musi do toalety. :(
Nie było wyjścia – zjechaliśmy na najbliższy MOP (dla niewtajemniczonych: Miejsce Obsługi Podróżnych), córka pognała do WC, ja za nią z synem pod pachą (i paczką pieluch, gwoli ścisłości), a mąż miał zostać z psami. Z Maderą owszem, został, natomiast Czedar pognał za nami, wypłoszył wszystkie baby z kibla :D (mieliśmy więc luksus rozpasany), wskoczył łapami na umywalkę i ujadał o wodę. :-P Mimo moich cierpliwych perswazji, że wodę i to mineralną ma pan, w samochodzie, więc niech idzie pyszczyć do pana, Czeduś życzył sobie napić się trucizny z kranu. ]:) Napił się oczywiście, bo jego jazgotu nie wytrzymałam. Liczyłam tylko, że sraczki nie dostanie (i na szczęście nie dostał)… :papa:
W międzyczasie Madera postanowiła zapoznać się ze wszystkimi kierowcami stojących na parkingu TIR – ów, urządziła takie taneczne przedstawienie, że się całe stado ludzi zleciało, obłowiła się oczywiście w resztki kanapek, pieczonego mięska, a nawet i jabłuszko się trafiło. Mój mąż natomiast zapowiedział, że nigdy więcej z Madą sam nie zostaje, bo mu wstyd za psa… 8)
Kiedy dojechaliśmy na miejsce, psy wyskoczyły z auta, zrobiły rekonesans w ogródku i zapoznały się z beagle`o – podobną suczką naszych przyjaciół, u których mieszkaliśmy. Spotkanie było bardzo miłe, psy znokautowały ogródek totalnie, peonie smętnie zwiesiły podeptane łebki, z mieczyków zostały strzępki, a wśród bratków został wykopany potężny tunel (zapewne w poszukiwaniu kreta…). :dribble:
Potem na trasie biegowej trafił się pierzasty wróg – kury. Psy z łomotem i szczekiem wpadły w kurze stado, kogut ewakuował się pierwszy i prysnął na daszek kurnika, kury rozpierzchły się z gdakaniem, gubiąc po drodze jajka, psy natomiast z dreszczem szczęścia w futrzanych serduszkach wykąpały się w kurzym poidle… Śmierdziały wszystkie trzy straszliwie! :bad:
Po obowiązkowej wieczornej kąpieli pieski zostały udeptane na swoich własnych, zabranych z domu kocykach, sunia rezydentka dopchnęła się do nich także i tak sobie słodko we trójkę spały w kącie pokoju, chrapiąc jak stare traktory przed remontem. :girl:
Następny dzień był dla psiaków ogromną atrakcją – wybraliśmy się na pół dnia do lasu, więc węszenia, niuchania, kopania dołków i podgryzania kory drzewek było mnóstwo, na deser ludzie urządzili ognisko z pysznymi kiełbaskami i było co kraść, nawet pieczone kartofle się trafiły. :-P Tylko browarkiem się swołocze – ludzie podzielić nie chcieli, egoiści psia krew! :-> Psiaki jednak odbiły to sobie wieczorem, włażąc po cichutku do spiżarki i częstując się pyszną, domową szarlotką – zżarły całą blachę. ;D
Na szczęście jedynym ubocznym skutkiem nadmiaru jabłuszek było głośne popierdywanie w nocy i smrodzenie z psich rur wydechowych (wszystkich trzech). :lookdown:
Kolejny dzień to była już niestety podróż powrotna, oczywiście bez atrakcji się nie obyło, bo 150 km od domu nasza wysłużona bryka odmówiła współpracy – alternator diabli wzięli. Dobrze, że moje ciotki i wujek mieszkali blisko, zostaliśmy zholowani, mój mąż – mechanik zajął się reanimacją szczotek alternatora na tyle, żeby dało radę do domu dojechać, zaś ja, dwoje dzieci i dwa psy udaliśmy się do domu jednej ciotki, w towarzystwie drugiej ciotki, natomiast wujek poszedł do siebie do domu, mrucząc coś pod nosem o starych rupieciach (ciekawe, czy miał na myśli nasze audi, czy może mówił o swojej żonie – francy wyjątkowej…? :doubt: ).
Psy oczywiście obwąchały cały dom, potem zrobiły rekonesans w ogródku, a że deszcz lał potężny, wróciły brudne i mokre jak dwa szczury, więc dom ciotki szybko zaczął przypominać skrzyżowanie brudnej stodoły z bardzo zaniedbanym ugorem. :)
O północy udało nam się wyruszyć do domu, dotarliśmy na 3, psy padły jak worki, córka z dreszczem szczęścia nie poszła rano do szkoły, syn marudził do 5 rano, bo ze snu się wybił, a mój mąż o 6 zaczął zbierać się do pracy. :confused: Psy nawet mu na pożegnanie ogonami nie pomajtały, o co się na nie śmiertelnie obraził – no jak to, pan do pracy idzie, zarąbany po nieprzespanej nocy, a jego własne psy ani myślą się pożegnać… Skandal i obraza majestatu! ;]

Ryniu - 07-01-2016, 16:17

Ale mi się humor poprawił :) ;*
figula1 - 08-01-2016, 19:59

Ryniu napisał/a:
Ale mi się humor poprawił :) ;*


mnie też :haha:

E. Frankiewicz - 08-01-2016, 20:35

Cieszę się, że moje dwa futra potrafią tak humory poprawiać... :haha:
E. Frankiewicz - 19-01-2016, 14:40

19 stycznia 2016
Dziś minął rok. Rok odkąd Czedar zamieszkał z nami. Rok odkąd Madera ma braciszka, a my czwarte dziecko. Rok odkąd nasz ogródek cokolwiek zmienił wygląd, w naszych łóżkach zrobiło się jakoś mniej miejsca, a salonowa kanapa nieco zmieniła barwy na takie… bardziej brudne… :-P
Co mogę powiedzieć po tym wspólnym roku? No cóż… Rodzina brudniejsza, żarłoczniejsza, trochę bardziej kosztowna, zyskująca podwójną warstwę futra, ale… pełniejsza. ;* Dziś wiem, że to była jedna z najlepszych naszych decyzji – nie tylko dla Czedara, który przecież miał naprawdę przerąbane życie przez pierwszy rok. Do dzisiaj mam przed oczami obraz Jego poranionej szyi, w którą wrosła kolczatka (i powróz, gwoli ścisłości). :bad:
Pamiętam pierwsze spotkanie z Czedarem, w Domu Tymczasowym. Stoi mi w oczach biszkoptowa błyskawica, która grubym basem radośnie poszczekiwała na nasz widok. :haha: Widzę wspólną, Czedarowo – Maderową kąpiel w oczku wodnym (przypominam, że był styczeń!), widzę demolkę w mieszkaniu Pani Basi, cudownej Osoby o Wielkim Sercu dla wszystkich zwierzaków. ;* Pamiętam Czedusia, który wlazł mi na kolana, przytulił do mnie łeb, trzymając w pysku wymiętoloną niebieską maskotkę – zupełnie jakby czuł, że od dziś będzie nasz, a my będziemy Jego. :haha:
Kolejne dni zapisały mi się w pamięci pod znakiem mega – sraczki, Czedar ze stresu (teraz już wiem, że z nerwów dostaje sraki, wtedy nie wiedziałam), Madera z zeżarcia czyścika do zębów. Koniec końców mieliśmy przesrany tydzień… ;D
Trudno zapomnieć też o wizytach w klinice weterynaryjnej, bo Czeduś dawał takie popisy, że mózg staje w poprzek – znokautowane stażystki, studenci weterynarii, którym pot spływał po rowkach w tyłku, zeżarty stetoskop pani doktor i pan doktor pod biurkiem, przymusowo posadzony tam przez Czedzika – ot, drobiazgi niegodne wzmianki. :-P
Bilans:
ZYSKI: 50 kg biszkoptowej miłości, czuły, kochający, potężny misiek, którego ogon wykręca radosne świderki na widok wracającego do domu człowieka, lizus pierwszej klasy, ulubieniec mojego tatusia, mistrz żebradorzenia (do tego stopnia, że człowiek dławi się pożeranym właśnie kotletem), piesek kolankowy, który z dziką przyjemnością położy się na człowieku, posapując radośnie i z satysfakcją, pies morderca – zaliże na śmierć, tytan pracy – kopanie dołków 20 godzin na dobę to pikuś, czuły radar ludzkich uczuć – nie odejdzie, jeśli mnie coś boli, albo w jakiś sposób jest mi źle, zazdrośnik – Maderę odpycha z łomotem nosorożca, by samemu uwalić się na ludzkich nogach i pod ludzką głaszczącą ręką, wycieczkowicz – lubi zwiewać, turysta – uwielbia jeździć samochodem, a że go przy tym trochę znokautuje, podnosząc jazgot na widok innego psa, kota, lub krowy – oj tam, nie takie rzeczy się widywało!
STRATY: podlane tuje w ogródku, zeżarte świerki, mniej miejsca w sypialni, kilka siniaków na dzieciach, złodziejstwo żywieniowe, mega ciasnota w samochodzie (dwa dorosłe człowieki, dwoje dzieci, dwa labradory – auto na 5 osób), przerąbane życie kota, rozwalone łóżko rodziców, zerwane 2 smycze, kilka wyprutych i zmamlanych maskotek, jedna pogryziona szczotka do zamiatania, 80 kilogramów utrudnienia w wykonywaniu obowiązków domowych.
SALDO: Było warto! Bo miłość do labradora i miłość labradora do człowieka jest bezcenna. Jak patrzę na tą moją zwariowaną dwójkę, na te dwa majtające się ogony, te ślepia czule śledzące ruch ręki, w której znajduje się kanapka, na to biszkoptowe futro na dywanie i czekoladowe na schodach, to wiem, że Czekolada i Biszkopt są najlepsze na popołudnie! :)

Madera bez Czedara jest smutna, Czedar bez niej zrozpaczony. Kiedy jedno jedzie do weterynarza, drugie czeka w napięciu pod drzwiami i popiskuje. :( Kiedy jedno jest głaskane, drugie spogląda z wyrzutem. :< Kiedy jednemu dzieje się krzywda, drugie gotowe jest zamordować (Czedar ]:) ), albo zapłakać się z żalu (Madera :cring: ). A kiedy jedziemy gdzieś bez nich – solidarnie uznają nas za nieludzkie swołocze, by po powrocie przywitać nas jękliwymi wyrzutami i obłędnym tańcem radości. :-P

I właśnie dlatego to była taka dobra decyzja, żeby Czedar zamieszkał w naszym domu – On potrzebował nas, a my – Jego! :papa:

Labowe love


aganica - 19-01-2016, 16:53

Aż sobie sapnęłam - tak mi się dobrze zrobiło .. ;*
Ryniu - 19-01-2016, 19:00

Jak ten czas szybko biegnie :)
Czedarek ma jak w niebie :)


Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group