No, Czedar w ostatnich dniach pokazał co potrafi!!! I jeszcze Maderę do złego namówił…
Zaliczył pierwszą ucieczkę, olewczo traktując wszelkie moje wołania, co kilka kroków oglądając się jedynie, czy ktoś go goni. Mało zawału nie dostałam, kiedy wylazł mi z szelek i poszedł w wieś! Niby nie uciekał biegiem, ale nie pozwolił się do siebie zbliżyć, leciałam za nim jak szalona, bo jednak na tej naszej wsi ruch samochodowy jest jak na autostradzie (nic w tym dziwnego, jest ograniczenie do 40 km/h, więc kierowcy za punkt honoru poczytują sobie jechać co najmniej 80, bo przecież „Polak potrafi”). Przez pół godziny ganialiśmy się wokół wioski, chyba każde z nas liczyło na to, że przeciwnik się zziaja i zrezygnuje… W końcu złapałam go w trakcie zasrywania bramy jakimś obcym ludziom, mam tylko nadzieję, że ich w domu nie było, wprawdzie sprzątnęłam „minę”, ale ślady zostały niestety… Z wielką niechęcią Czeduś pozwolił się zapiąć w szelki (które natychmiast zwęziłam, jak widać ruch z Madą odchudza go całkiem sprawnie…) i zawlec do domu, po drodze jeszcze słownie obrywając ode mnie po uszach. Od razu widać było jak bardzo to sobie wziął do serca…
Mada tymczasem próbowała gnać za Czedarem, zastopowała ją jednak najpierw obroża (na krótko, chwilę później obrożę szlag trafił! ), potem zaś nieprzewidywany na trasie pierzasty przeciwnik – traf chciał, że sąsiadka wypuściła swoje kury, które gdakały tak zachęcająco, że Madera nie mogła nie zareagować. Jak bomba wpadła w kurze stado, przyprawiając co bardziej lękliwe osobniki o przejściowy szok nerwowy, głowy nie dam, czy z kilku jajek nie została zrobiona jajecznica z piórkami (te piórka to tak na smaczek oczywiście… ), z całą pewnością natomiast zostały pożarte kurze kartofle… (w przewidywaniu nocnych atrakcji zakupiłam od razu większą ilość podkładów, co by je na dywanie rozłożyć). Dzięki temu zastopowaniu przy kurach, mojej mamusi udało się Madę złapać wcześniej, niż mnie Czedara, zziajana była jednak tak samo jak ja…
Tym sposobem lista koniecznych wydatków, ewentualnych kosztów, skarg i zażaleń wzrosła o 50% co najmniej, tyle mojego, że przynajmniej smycze się ostały, Czedarowe szelki też (swoje szelki Mada załatwiła jeszcze przed przyjazdem Czedusia, dzisiaj wykończyła obrożę, już drugą z kolei), no i oczywiście kury też wszystkie żyją…
_________________ "Pies to tylko pies, dopóki nie staniesz z nim oko w oko. Wtedy to jest Pan Pies".
Nocnych atrakcji po nadprogramowej kurzej porcji żywnościowej u Mady nie było (dziwne bardzo… ), jedynym skutkiem ubocznym były potwornie śmierdzące wyziewy z psiej „rury wydechowej”, którymi obdarowywała nas przez całą noc. W akcie desperacji przykryłam w końcu psi zadek podwójnie złożonym kocem, licząc na to (jakże naiwnie!), że ów odorek wulkaniczny się nieco zmniejszy. Koc spełniał swoją rolę przez całe 10 minut, po czym psu zrobiło się za gorąco, więc z rozmachem odepchnął się łapami od moich pleców, wyjechał spod przykrycia i ponownie uaktywnił gazy bojowe. Niestety, na ewakuację szans nie było, bo nasz syn spał w swoim łóżeczku w naszej sypialni, a obudzenie Niunia bez powodu równa się obudzeniu głodnego tygrysa, który pościł od tygodnia. Nam samym też nie wypadało się ewakuować, w końcu tylko wyrodni rodzice zostawiają dziecko na pastwę zagazowania… Tym sposobem spędziliśmy wybitnie śmierdzącą nockę…
Czedar zaś owej nocy był niemal spokojny, po ostatnim spacerku (o fantastycznej godzinie 23.40) grzecznie rąbnął się na kanapie i począł rozgłośnie chrapać. Miałam nadzieję, że spędzimy spokojną noc (oczywiście Madziorowego smrodku nie biorę pod uwagę)… Niestety, jak wszyscy wiedzą, nadzieja to wiadomo czyja matka i w tym wypadku prawdziwość tego powiedzenia jest stuprocentowa.
O 1:15 na dole rozległo się donośne basowe szczeknięcie i głuchy łomot. Pierwsza myśl była taka, że Czeduś zleciał z kanapy. Nic bardziej mylnego… To nasza kocica ośmieliła się o owej barbarzyńskiej godzinie wkroczyć na taras, licząc na spokojne zjedzenie resztek swojej kolacji. Czedar zareagował jak skrzyżowanie buldożera ze średniowiecznym taranem – z łomotem zeskoczył z kanapy, po czym rąbnął „bykiem” w szklane drzwi na taras. Drzwi jęknęły, podobnie cały dom… Szakira, bezpieczna za szybą, ostentacyjnie zamiotła psu ogonem przed nosem i spokojnie pożywiała się dalej. Czedar dostał szału – rozległo się gromkie wycie, zupełnie jakby „bracia wilcy” odezwali się w kniei. Lecieliśmy z mężem na dół w tempie ekspresowym („wszystko, żeby się tylko dzieci nie pobudziły” ), mąż zasłonił szyby roletą, sekundę później Czedi zemścił się na niej, zatapiając w niej zęby (dzięki Ci piesu – teraz to już musimy kupić nową roletę!!! ) i obrywając ją całkowicie. Posunęłam się do działań brutalnych i zatkałam Czedusiowi buzię ręcznikiem. Wprawdzie spod ręcznika rozległ się głuchy bulgot, ale na szczęście sytuacja została opanowana. Kot zjadł swoje i zniknął, pies wyczerpany nocną akcją padł na dywanie, tylko po to, żeby o 6 rano wyprowadzić mnie na spacer… Wrrr!!!
W ogóle od rana nasze psiury przejawiały jakiś dziki wigor, ja byłam jak przetrącona przez walec drogowy po nocnych atrakcjach, a one jakby piórko w tyłkach miały. Biegały jak wściekłe, ganiały się po całym ogródku, tratowały resztki trawnika i w ogóle miały świra. Od czasu do czasu tylko któryś pies wyrżnął siarczyście czerepem o jakąś tuję, tudzież świerk (porzeczko agrestu już przecież nie ma…), posypały się szyszki, gałązki i igły, ale wcale im to nie przeszkadzało, złapały w zęby to, co akurat spadło, i gnały dalej…
_________________ "Pies to tylko pies, dopóki nie staniesz z nim oko w oko. Wtedy to jest Pan Pies".
Kilka dni temu w nocy naszą wioskę przysypał śnieg. Wprawdzie zaspy się nie porobiły, ale świat aż pojaśniał. Psy noc przespały snem kamiennym, a kiedy o 7 wyszłam z nimi na pierwszy spacerek, oszalały z radości. Przez dłuższą chwilę odbywało się tarzanko, tak solo, jak w duecie, i widać było spod śniegu jedynie gmerające się łapy. Było też słychać radosne parskanie, prychanie i podpluwanie pożartym śniegiem. Czeduś wyjeździł całą ścieżkę swoimi pleckami, Madera na brzuchu uprawiała slalom między tujami, wyglądały jak dwa żuki – gnojaki odwrócone na grzbiety… Psia pełnia szczęścia normalnie.
Tak ogólnie jednak to oboje, i Mada i Czedi są niezłymi rozrabiakami. Wczoraj właśnie wykopały nam dwa sążniste doły, jeden pod śliwką, drugi koło domu. W tym drugim znalazły zakopane przez elektryków kable do furtki i bramy (niestety, ciągle domofon przy furtce oraz otwieranie bramy mają sterowanie ludzkimi rękami…), w ostatniej chwili uchroniłam owe kable przed poszatkowaniem na wióry, po czym uchetałam się jak koń za pługiem próbując te kable czymś zakryć…
Początkowo przykryłam dół blachą, która została po zadaszaniu tarasu. Leżała sobie tam całe 20 minut, po czym nóg dostała i poszła w drugi koniec ogrodu. Niestety, nie dała się zgryźć (co za pech…), ale kształt zmieniła radykalnie...
Następnie przyszła kolej na deski, przywlokłam spod garażu dwie potężne dechy (oczywiście żadnego faceta w pobliżu nie było, jak zawsze kiedy są potrzebni), zwaliłam na dół i w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku poszłam pozbierać psie „miny” z trawnika. Nie minął kwadrans, a kawałki dech zostały rozwłóczone tuż pod garażem, a to co zostało, nadaje się jedynie do palenia w kominku… Kable oczywiście ponownie radośnie wychylały się z, pogłębionego już, dołu.
Ostatnią szansą stały się cegły. Przytargałam chyba z pół taczki (w rękach oczywiście, bo taczka mojego męża ma taką wagę, że dwóch silnych chłopów nie daje jej rady…), pracowicie ułożyłam stosik i… psy podkopały się z drugiej strony, zawaliły cegły i od nowa wywlokły kable… Zbuntowałam się! Teraz niech już się mąż martwi o zabezpieczenie tego (jeśli jeszcze będzie co zabezpieczać), dobrze, że nie są pod prądem…
Poza wszystkim Czeduś i Madziora są skorumpowani totalnie! Bez łapówki żadne do domu wracać nie chce, tzn. Czedar wchodzi do wiatrołapu, siada przed drzwiami i przylepia się tam do momentu, dopóki nie wrzucę mu do paszczy smakołyka. Mada natomiast pierwszy „datek” pożera jeszcze na dworze, potem lekko kolanem dopycham ją do domu, potem następuje klapnięcie na brunatny zadek i proszące spojrzenie „Daj jeszcze!”.
Czeduś się ostatnio wycwanił. Do tej pory ganiał za Maderą równym kłusem, robiąc pełne okrążenia ogródka, od wczoraj ograniczył pogoń dookoła szamba i huśtawki. Na dobre mu to nie wyszło, bo nie wyłapał na lodzie zakrętu i ćwieknął łbem o huśtawkowy słup, aż zadzwoniło. Jęknęło wszystko, głównie Czedar i ziemia. Madera popatrzyła na niego z dobijającym politowaniem (to było widać od razu), dając mu do zrozumienia: „no i po co było sobie drogę skracać? Masz za swoje, za głupotę się płaci!”. Czedi najpierw zaczął się zajadle drapać po stłuczonej łepetynie, a potem ze złości ruszył za Madą (skrótem…), dopadł ją w końcu i ugryzł w tyłek (z zemsty chyba za to spojrzenie pełne politowania…?).
Cwaniackie zagrywki Czedi stosuje także w stosunku do mojego męża. Mój ślubny twierdzi, że wystarczy nam jeden pies w łóżku, a drugi powinien spać na podłodze, a jeśli już oba mają spać z nami, to obowiązują ich dwie zasady: śpią w nogach wyrka i nie smrodzą. Oczywiście chyba na złość mężowi zaczynają puszczać gazy bojowe zawsze wieczorem, natomiast kwestia spania w nogach pozostaje otwarta – kiedy mąż nie śpi (bo ja na takie detale uwagi nie zwracam), psy chrapią w nogach, albo wręcz na podłodze. Kiedy tylko ślubny zaśnie mocniej (nie jest to trudne, jeśli dawno temu, przed ślubem, miałam nadzieję, że będę go budziła czułym pocałunkiem, to dzisiaj, po 11 latach małżeństwa wiem, że mogę go nawet pogryźć i też się nie obudzi! ), Madera ładuje się po mojej stronie (łeb lub zadek na podusi, a co!), natomiast Czedar, wężowym ruchem zażywnego boa – dusiciela, cichutko wpełza na poduszkę męża, wszystkie cztery łapki opiera mu na brzuchu i tak sobie śpią pysio w pysio do samego rana (lub pierwszej pobudki nocnej). Czasami tylko po stronie męża słychać w nocy stęknięcie i tekst: „Czedar, zabieraj tą d…, bo nie mogę się ruszyć!”.
_________________ "Pies to tylko pies, dopóki nie staniesz z nim oko w oko. Wtedy to jest Pan Pies".
Jesteśmy po kolejnej wizycie u weterynarza z Czedową szyją. Czedar zadowolony z siebie, ja ociekam potem, a pan weterynarz… hmm, chyba nie będę pytała…
O 15.30 weszliśmy do kliniki. Czeduś wszedł chętnie, ogon wykręcił kilka obrotów, odbyło się soczysto – merdające powitanie z panią z recepcji, no i… zaczęły się schody… Czedi wykonał kilka potężnych niuchów nosem, poczuł chyba, że już tu był (na szczęście poczekalnia była pusta tym razem…), po czym wydał z siebie głos (w tonacji podobny do ryków osła połączonych z foczym „szczekaniem” ). Tonacja miała wyrażać skargę w połączeniu z tekstem „poczekaj, ja ci jeszcze pokażę!”. W tym momencie wyszedł pan wet i zaprosił nas do gabinetu. Czedar natychmiast włączył hamulce na wszystkie cztery łapy, nie było więc wyjścia – ja ciągnęłam smycz, pan doktor popychał od zadka, a pani stażystka machała Czedusiowi przed nosem smakołykiem. Po 10 minutach energicznych starań psiunio wlazł do gabinetu, drzwi zostały zamknięte, Czeduś bowiem natychmiast usiłował wywalić je razem z futryną. Można było przystąpić do badania.
Pan dr z uśmiechem pochylił się nad Czedową szyją, został obdarowany złym spojrzeniem oraz głucho wybulgotanym z głębi gardła tekstem: „Koleś, my się już znamy, wiem co z ciebie za typ, dobrze ci radzę, trzymaj się z daleka!” Trzeba było użyć sposobu – lewą ręką doktor podawał pacjentowi żywnościową łapówę, prawą oglądał szyję. Okazało się, że potrzebny jest zastrzyk z antybiotykiem, bo w dwóch miejscach się szyja babrze. Strzykawka została przygotowana, igła najmniejsza z możliwych (dr stwierdził, że nie będzie się znęcał nad pieskiem), lek odmierzony, pani stażystka w gotowości… Czedar storpedował niemal wszystkie plany – w chwili, gdy igła niebezpiecznie zbliżała mu się do pośladka, wykonał żabi skok, połączony z obrotem, delikatnym ciałkiem naparł na stół lekarski, który zajął pozycję horyzontalną i podciął nogi pana doktora, któremu na szczęście pod tyłek wpadło litościwe krzesło. Następnie wpadł między nogi pani stażystce, a ponieważ była drobniutkiej postury, przewiózł ją na grzbiecie prosto do rentgena! Tam zdołaliśmy złapać panią stażystkę, unieszkodliwić Czedusia (przy pomocy dwóch innych silnych panów doktorów…), wbić mu igiełkę w zadek i odsunąć się na bezpieczną odległość. Zupełnie niepotrzebnie – natychmiast po zastrzyku Czedar uspokoił się, zaczął przypominać spolegliwego misia, wlazł panu doktorowi pod rękę i domagał się drapania… Czy w tym zastrzyku na pewno był antybiotyk?! A może profilaktycznie dołożono tam relanium?!
Niestety, obawiam się, że przed naszą kolejną wizytą pan dr złoży wymówienie, albo odnotuje w Czedowej karcie, że z tym pacjentem nie chce mieć nic wspólnego…
Czyż można mieć wątpliwości? Toż to ideał psa!!!
_________________ "Pies to tylko pies, dopóki nie staniesz z nim oko w oko. Wtedy to jest Pan Pies".
To chyba wizyta była bezpłatna? Za takie występy powinna być
Całkiem bezpłatna to nie (szef kliniki był za blisko... ), ale rabacik był, a jakże...
Dawno miałam już opisać Krwawy Czwartek (miał być Tłusty, ale my jesteśmy oryginalni… ). Nasze psy pojechały tego dnia z nami z wizytą do moich rodziców, do tzw. miasta (u nas, 16 km od Lublina to w końcu głucha wieś…). W drodze było wszystko w porządku, mąż za kółkiem, córka z przodu na podkładce, Czedar pod nią na podłodze, z mordysią na jej kolanach, ja z synem z tyłu, Mada między nami (dupka na mnie, pysio na Niuniu). Szał po prostu!
Wysiadamy u rodziców pod blokiem, Madera wysiadła niemalże statecznie (to znaczy tylko około 20 km/h), Czeduś wyprysnął z prędkością światła i dalejże niuchać, węszyć, sprawdzać, czytać psie smsy i grubsze e – maile. W drodze do klatki podlał wszystko, co dało się podlać, z radosnym piskiem przywitał pięciomiesięczną sunię sąsiadów (rasy chow – chow), pociesznym machaniem ogona zawarł znajomość z inną sąsiedzką sunią, 13 – letnią labradorką (gdyby nie siwy pyszczek, 5 lat bym jej nie dała, taki żywioł! ), po czym ZONK , wylazł Szczekaczka (to sąsiedzki sznaucer miniatura, w oryginale ma na imię zupełnie inaczej, ale ze względu na wydawane non stop dźwięki, został przez mojego tatusia przechrzczony i cały blok już go tak nazywa ) ). Na klatce schodowej rozległ się piskliwy jazgot połączony z basowym szczekiem Czedusia , jeśli jakiekolwiek dzieci w bloku (a tych nie brakuje) usiłowały spać, to życzę powodzenia ich rodzicom… W końcu Szczekaczka został wywleczony przez swojego pana na spacer, a Czedar ruszył na podbój mieszkania rodziców. Michę z wodą znalazł bez pudła, puszki (zamknięte) z żarciem też wysondował, obniuchał wszystko, po czym zaległ na kanapie z przekonaniem, że wykonał kawał dobrej roboty. I wszystko było cacy, dopóki nie przyszedł czas na obiad.
U nas w domu psiaki dostają zawsze jeść w swoim pokoju pod schodami, każdy psiur ma swoją podkładkę i swoje michy, dostają żarełko w tym samym czasie i na tą chwilę, kiedy jedzą, są zamykane, bo synuś nie dałby im zjeść spokojnie. Niestety, u moich rodziców psiaki swojego pokoju nie mają, dostały więc jedzenie w kuchni. Głupia pańcia nie pomyślała o zabraniu na wizytę również podkładek, więc siłą rzeczy michy jeździły podczas jedzenia po całej kuchennej podłodze. I traf chciał, że Mada swoją michą wjechała pod brzuszek Czedara. Czedar warknął na Madę i pokazał kły, ale Mada nie wzięła sobie do serca przestrogi i żarła swoje dalej (miłość do żarcia uczuciem nadrzędnym!). Czedar się wkurzył i rzucił się na Madę z zębami. Byłam przekonana, że Mada ustąpi… ale jak się okazuje, byłam w duuużym błędzie, Madera się wściekła, zjeżyła się cała i dawaj się odgryzać, normalnie zanim rozdzieliłam i skarciłam towarzycho, to kłaki latały po całej kuchni!!! Czedar miał nadgryzione do krwi ucho, Madera podrapany bok (też do krwi), ale natychmiast po jedzeniu zapanowała między piesami doskonała zgoda. Jak widać na przykładzie naszych psów – do serca nie zawsze przez żołądek…
_________________ "Pies to tylko pies, dopóki nie staniesz z nim oko w oko. Wtedy to jest Pan Pies".
Jeśli sądziłam, że Madera zlituje się nad moim portfelem i odpuści mi wizyty w klinice wet, to byłam w duuużym błędzie…
Od kilku dni zauważałam, że nasza suńka się mocno podlizuje w intymnym miejscu. Czeduś też ją tam dość intensywnie niuchał, nawet zabierał się do gwałtu, ale szybko został oświecony, że ani on już nie jest w stanie nic zdziałać, bo zamiast jajek ma wydmuszki , ani Madera nie ma się na co porywać, bo jej klejnoty wewnętrzne zostały po cichutku i w głębokiej tajemnicy wycięte (głęboka tajemnica przed szefem doktora – operatora, poza tym wiedzą wszyscy… ) podczas operacji na żołądku i przemasowywania jelit.
Specjalnie podglądałam, czy nic jej tam teraz nie podcieka, obawiałam się bowiem grzybka po intensywnej antybiotykoterapii. Nic nie było, żadnych upławów. Niestety, wczoraj wieczorem okazało się, że w miejscu, gdzie Madzik spał na kanapie, jest spora mokra plama. Obejrzałam raz jeszcze Maderowe klejnoty intymne i zauważyłam niestety kapiące krople moczu. Zapakowałam w psa dwie tabletki Furaginu (po telefonicznej konsultacji z wetem) i dzisiaj od razu z rana zaliczyłyśmy wypad do kliniki na badania, mokrych kałuż bowiem było coraz więcej. USG od razu pokazało, że ściana pęcherza wprawdzie nie jest pogrubiona, ale „się świeci”, co podobno świadczy o stanie zapalnym, analiza pobranego moczu pokazała natomiast zasadowe PH (powinno być kwaśne), więc prawdopodobnie jest jakaś bakteria… W piesa ponownie załadowano antybiotyki i leki przeciwzapalne, za tydzień kontrolne badania i USG. I zobaczymy, czy to rzeczywiście stan zapalny pęcherza, czy jednak (istnieje takie podejrzenie) nietrzymanie moczu związane ze sterylizacją, chociaż podobno na to Madziora jest za młoda, ale „życie bywa wredne”, jak to określił pan wet.
Przez tydzień mamy wżerać witaminę C i Furagin na grubo, antybiotyk dopyszczny raz dziennie i czekać na poprawę… O rany!!!
_________________ "Pies to tylko pies, dopóki nie staniesz z nim oko w oko. Wtedy to jest Pan Pies".
Wygląda na to, że leczenie zadziałało, Madzior przestał przeciekać. Grzecznie i bez protestu wcina leki razem z żarciem (chyba wrodzona pazerność sprawia, że nawet nie zauważa ich gorzkiego smaku… no, ale w sumie czemu ja się dziwię, pies, który jest w stanie zeżreć gumową rurkę i kostkę brukową, nad byle Furaginem i witaminą C nie będzie się nawet zastanawiać… ). Chwilowo jedyną pozostałością Madowego przemakania są ślady na narożniku w salonie, ale mówi się trudno, poczekają na wiosenne słońce, bo jakoś mi chwilowo „nie leży” pranie całej kanapy…
Czedarkowi natomiast chyba brakuje zimy. Nasze brązowe dywany zyskują coraz grubszą warstwę biszkoptowego „ofutrzenia”, pomimo odkurzania dwa razy dziennie mam wrażenie, jakby w naszym domu na stałe zagościł kudłaty śnieg.
A tak w ogóle, z odkurzaniem to jest cała epopeja! Dopóki Madera była sama, to jedyną przeszkodą w moim dążeniu do czystości chałupy było Madziorowe powarkiwanie i polowanie na rurę odkurzacza (bo wyrywania kabla z gniazdka przez naszego Niunia nie liczę). Czedarek jednak wprowadził nowe zwyczaje.
Kiedy wywlekam odkurzacz ze schowka, obydwa psiaki wylegują się grzecznie w różnych miejscach domu. W chwili, gdy kabel trafia do gniazdka, obydwa psy zaczynają działać bardziej doskonale niż radziecki balet – najpierw statecznym kroczkiem zażywnego i dobrze wykarmionego (w przypadku Czedusia) łabędzia drobią w kierunku salonu. Tam, z błogim westchnieniem uwalają się cielskami na środku dywanu, udając, że są w samym środku niezmiernie intensywnej drzemki. Ja wjeżdżam odkurzaczem na dywan, psy otwierają po jednym, brązowym ślepiu, po czym natychmiast zamykają je z powrotem, dając mi do zrozumienia „nie przeszkadzaj sobie, nas tu wcale nie ma”. Przekomarzanie się trwa ładnych kilka minut – ja kieruję się w jedną stronę dywanu, w tym samym momencie któryś zwierz (przypominam, że oba śpią głęboko, nawet pochrapują!) wyciąga w tę samą stronę łapę, ucho, bądź kawałek ogona, torpedując mój zdradziecki plan sprzątania. Kiedy bardziej energicznie zaczynam zganiać towarzycho z pola bitwy, obydwa psiaki podstawiają zadki pod rurę, dając hasło: „a teraz proszę czyścić pieska!”. I co ja biedna mam zrobić? Oczywiście pieski zostają odkurzone od pazurków, po czubek łepetyn, satysfakcja jest powalająca, spod odkurzacza wydobywają się jedynie rozanielone pomruki i zgodne posapywania. Po około 20 minutach moich energicznych starań psy łaskawie dają się wyprosić z dywanu (który wygląda już jak obraz nędzy i rozpaczy), a ja mogę kontynuować porządki. Ta sama akcja powtarza się na wszystkich dywanach w domu, więc łatwo się domyślić, że porządki (które nigdy nie były moim ulubionym zajęciem) jawią mi się teraz niczym skrzyżowanie huraganu z krwawą jatką...
_________________ "Pies to tylko pies, dopóki nie staniesz z nim oko w oko. Wtedy to jest Pan Pies".
A mówiąc poważnie o sierści, od kiedy podaję moim sierściuchom Gammolen widzę naprawdę znaczną poprawę w ilości kłaków, które piesy gubią.
Dzięki, przetestujemy, tylko w kwestii Mady muszę pogadać z wetem, czy na ten jej zrujnowany przewód pokarmowy to nie zaszkodzi...
No, Madziora już po kontroli o weterynarza, antybiotyk dopysiowy przedłużony jeszcze o 4 dni, bo pani dr stwierdziła, że powinno być pełne 10 dni leczenia i wygląda na to, że jednak to była tylko bakteria w moczu – uff!
Czedusia (Madę zresztą też, ale w jej przypadku nie mam stresa ) muszę umówić na przyszły tydzień na chipowanie, już zaczynam się bać jakie występy Czedi zaprezentuje tym razem , pociesza mnie jedynie świadomość, że pan wet, który będzie „montował” chipy w naszych psiakach także jest właścicielem labradora, jest więc nadzieja, że Czedowe występy go nie zdołują (podejrzewam, że przechodził przez to samo… ).
Szczerze powiedziawszy obydwa nasze psiaki poczuły chyba wiosenny zew. Na naszym, wprawdzie mikroskopijnie wypielęgnowanym, ale jednak trawniku codziennie pojawiają się nowe, potężne doły, co jakiś czas na tarasie znajduję ptasie zwłoki (podejrzewałam kocicę, ale okazało się, że to Madusia… ), doniczka z kwiatkiem wisząca spokojnie na tarasie zakończyła swój żywot wisielca, kwiatek został rozwłóczony totalnie, doniczka zaś straciła życie wskutek zawziętej działalności Czedusiowego uzębienia… Do domu psy wcale wracać nie chcą, na spacerku w lesie robimy trzykrotnie dłuższe dystanse niż zwykle, bo oboje niuchają i wędrują w poszukiwaniu wiosny (a co za tym idzie wiosennych, śmieciowych przekąsek… ), wprawdzie na figurę i kondycję całej naszej trójce robi to doskonale, ale domowe zajęcia dezorganizuje mi zupełnie…
_________________ "Pies to tylko pies, dopóki nie staniesz z nim oko w oko. Wtedy to jest Pan Pies".
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach Nie możesz załączać plików na tym forum Możesz ściągać załączniki na tym forum