Mój labrador: Balbina
Suczka urodziła się:
01-03-2012
Mój labrador: Basia
Suczka urodziła się:
12-09-2013
Wiek: 40 Dołączył: 25 Mar 2013 Posty: 68 Skąd: poznan
Wysłany: 20-04-2013, 00:01 Polecam adopcje z schroniska
Balbina adoptowana w Listopadzie 2012 jako ok 9 miesięczna suczka. Dzień adopcji pamiętać będe długo! W schronisku w Poznaniu byliśmy 0,5h przed rozpoczęciem godzin ich pracy. Brama zamknięta zimno itd. Ale w głowie tylko jedna myśl ten piesek musi być mój. Udało się choć co ciekawe w ten sam dzień o 10 min później przyszły 2 kobiety adoptować właśnie tego pieska. Jeszcze mnie pytały czy jestem pewien co do adopcji. Pozdrawiam je teraz ale moja odpowiedź jest taka sam jak wtedy, gdybym nie był zdecydowany to nie przyjechał bym 0,5h przed rozpoczęciem pracy schroniska! Balbina jest ideałem psa adoptowanego. 0 problemów. Na początku mocno gubiła sierść ale to normalne. Szybko zaakceptowała mnie i całą rodzinkę. Nigdy nie nabrudziła w domu raz zdarzyło jej się wymiotować jak wypiła olej z frytkownicy. Nikogo z ludzi nie ugryzła, ale na obcych warczy i szczeka, nad tym jeszcze pracuje z nią, inne psy akceptuje i szybko nawiązuje z nimi kontakt bawią się. Balbinaka w dniu adobcji była całkowicie zdrowa i w bardzo dobrym stanie psychicznym jak i zdrowotnym. Nie wiem dlaczego zdecydowałem się na adopcję tego pieska. Prawdopodobnie dlatego że jest taka piękna Zachęcam wszystkich nie zdecydowanych do adopcji ponieważ uważam, że warto i należy pamiętać, że "pies ze schroniska kocha mocniej". Życzę wszystkim nowym właścicielom adoptowanych piesków samych sukcesów i 0 problemów w wychowaniu!!!
pozdrawiam
Łukasz i Balbina adoptowana z schroniska PŃ
Ciekawy temat Mam nadzieje ze może ktoś kolejny czytając te posty podejmie decyzje o adopcji jakiegoś biedaka.Sam nie wiem w sumie czy samodzielnie podjąłbym te decyzje o adopcji psa,tu ukłony dla Effcyk Po wielu rozmowach i przemyśleniach o plusach i minusach zdecydowałem się ominąć uroki i kłopoty wychowania szczeniaka na rzecz odruchu serca czyli adopcji.Nie ma co ukrywać ze lekko nie jest,dorosły pies ma swoje nabyte zachowania i odruchy,balem się tez o rodzinę szczególnie o dzieci czy nie będzie problemów (szczególnie o małego syna) .Ale po sprawdzeniu psa przez Basie( dziękuje serdecznie po raz kolejny ) pojechałem na Slask po mojego wymarzonego laba . To nic ze zwymiotował mi w aucie,to nic ze pokopał na ogrodzie dziury jak leje po bombie,to nic ze zjadł torbę na laptopa czy tez kilka innych rzeczy w domu ,bo to wszystko rekompensuje widok tego wariata jak się cieszy po moim powrocie z pracy.Widok Dizla biegającego z dziećmi po ogrodzie,wspólne spacery,merdający ogon nawet jak wyjdę do garażu na 10 sekund oraz łeb psa gdy kładzie mi go na kolanach domagając się pieszczot utwierdza mnie ze decyzja była słuszna i przy okazji jakiś dobry uczynek zapisał się tam wyżej
Mój labrador: Hermiona (*)
Suczka urodziła się:
30.08.2003-02.05.2018
Mój labrador: Fiona (*)
Suczka urodziła się:
23.01.2008-12.12.2019
Mój labrador: LOVE STORY Lualaba(*)
Pies urodził się:
14.09.2008-19.06.2022
Dołączyła: 31 Paź 2008 Posty: 9860 Skąd: Warszawa
Wysłany: 21-04-2013, 06:44
IKER napisał/a:
Sam nie wiem w sumie czy samodzielnie podjąłbym te decyzje
No właśnie
90% społeczeństwa wychodzi z założenia, że dorosły pies nie da się ułożyć, skoro ktoś go nie chciał to ... musi być spaczony psychicznie i do niczego się nie nadaje /bzdura/
Wolą szczeniaka, ufając w swoje umiejętności szkoleniowe ..twierdząc.. wezmę/kupie szczeniaka i ułożę go odpowiednio do swoich potrzeb.
Jakie jest zaskoczenie, gdy po roku/dwóch się okazuje, że nie jesteśmy szkoleniowcami, nie potrafimy zapanować nad potencjałem szczeniaka i zaczynają się problemy.
Pies z adopcji... miewa problemy ale, też można go ułożyć, przyzwyczaić, nauczyć egzystencji w naszym domu. Pies uczy się całe życie i tylko od nas zależy jak będzie się zachowywał.Tylko nasza mądrość sprawi, że będzie kochanym członkiem rodziny.
Nie twierdzę że jest łatwo /bo nie jest/ ale.. widzę duże plusy w adopcjach .
Przede wszystkim, pies najczęściej jest sprawdzony przez domy tymczasowe, wiemy czego się spodziewać, z czym się musimy zmierzyć. Często pies jest już nauczony, podstawowych zasad i tylko, wystarczy mądrze z nim postępować a ..
IKER napisał/a:
wszystko rekompensuje widok tego wariata jak się cieszy po moim powrocie z pracy.Widok Dizla biegającego z dziećmi po ogrodzie,wspólne spacery,merdający ogon nawet jak wyjdę do garażu na 10 sekund oraz łeb psa gdy kładzie mi go na kolanach domagając się pieszczot utwierdza mnie ze decyzja była słuszna i przy okazji jakiś dobry uczynek zapisał się tam wyżej
Mój labrador: Bari [*]
Pies urodził się:
10.12.2003- 11.06.2015
Mój labrador: Dejzi
Suczka urodziła się:
26.04.2009.
Mój labrador: Brego (Max Sodalis)
Pies urodził się:
16.03.2015.
Wiek: 50 Dołączyła: 15 Lut 2009 Posty: 719 Skąd: Warszawa
Wysłany: 21-04-2013, 16:15
Moje oba Słoneczka to psiaki z adopcji. Dejzi miała 9 miesięcy jak zamieszkała z nami, więc to jeszcze szczeniaczek był. Natomiast Baruś miał 2 lata i też obawiałam się że to już dorosły chłopak, ma swoje nawyki itd. Nic bardziej mylnego!!! Od początku nie sprawiał żadnych problemów. Zachowywał się tak, jakby mieszkał z nami od zawsze. Naprawdę nie należy obawiać się adopcji dorosłego psa.
skoro ktoś go nie chciał to ... musi być spaczony psychicznie
przyznam, że i my mieliśmy tego typu obawy. W głowie mi się nie mieściło, że ktoś chce oddać psa, z którym żyło się niemal 4 lata (bo żona w ciąży, a mąż w rozjazdach bla bla bla). No, ale decyzja zapadła. I nasz pierwszy dzień, spacer- a ten mi się jeży na każdego psa! Se myślę, że agresor mu się jakiś włącza i się nieco przestraszyłam. Potem zorientowałam się, że to nie agresja, a chyba bardziej ciekawość Pies nie wyglądał na zestresowanego, pewnie myślał, że to wakacje. Podobno w czasie urlopu zajmowali się nim rodzice, znajomi tamtych ludzi, więc był przyzwyczajony.
Ogólnie Dragon to niemal pies ideał. Trochę ciężko uczy się i po części to moja wina (czasem brak cierpliwości). Ale ja po prostu mówię, że to sportowiec a nie intelektualista
Dragon niczego nie niszczy (chyba, że liczyć dziurę w kształcie serca we frisbee ), nie załatwia się w domu, ogólnie nie sprawia kłopotów. Jedyne czego żal to fakt, że nie jest zbyt towarzyski. Chociaż i tak jest lepiej, bo toleruje lub olewa psy i wykazuje wobec nich większą cierpliwość, ale zupełnie nie potrafi się z nimi bawić. Ale każdy ma "wady"
Kocham tego gnojka całym sercem. Jest moim synusiem i wzbudza we mnie same pozytywne emocje, a możliwość głaskania go bardzo mnie uspokaja. Ani przez moment nie żałowaliśmy decyzji.
Może i fajnie mieć szczeniaka, obserwować jak się rozwija, jak z ciapowatej kluski staje się dorodnym psiakiem, ale i tak wiem, że jeśli kiedyś coś to tylko z adopcji.
Jedyne czego żal to fakt, że nie jest zbyt towarzyski.
To ja mam znowu w drugą stronę Skipper jest aż nazbyt towarzyski wobec ludzi, psów i innych stworzeń. Koniecznie musi wszystkich powitać. Gdy jest na smyczy, to pół biedy, drobna korekta i jest OK, ale na łąkach...
Podczas spacerów Samba plącze mi się pod nogami, a Skipper tylko wypatruje nowych kumpli lub ofiar. Gdy biega luzem i zobaczy kogoś (człowieka lub psa) to odwołanie go graniczy z cudem Cieszy mnie tylko to, że po kastracji jego światopogląd uległ znacznej poprawie i teraz ma zazwyczaj pokojowe zamiary względem pobratymców Szkoda, że potencjalnego towarzysza zabawy jest w stanie wypatrzeć znacznie wcześniej niż ja. Chyba muszę się uzbroić w jakąś lornetkę
Razem z Sambą tworzą też zgrany duet myśliwski. Samba wystawia, a Skipper ściga ile sił w łapach bażanty, sarny i, co najgorsze, dziki
Cały czas pracuję nad przywoływaniem. To obecnie chyba moje największe zmartwienie wychowawcze.
_________________
klaudia1234 [Usunięty]
Wysłany: 28-07-2013, 13:07
Można powiedzieć że my też zaadoptowaliśmy Nera.
Na początku był po prostu biszkoptowym dywanikiem, który cały dzień leżał i chrapał na swoim posłaniu i nie zwracał uwagi np. na to że właściciel wrócił do domu itp.
Nie miał potrzeby takiej jak głaskanie, moja uwaga itp. Dopiero okazywania miłości do człowieka nauczył się od moich psów. Zobaczył że jak przychodzę do domu to się witają ze mną, mają potrzebe zwr^cenia na siebie uwagi itp. Teraz po prawie roku odkąd mamy nera też nie jest idealnie, bo np. nie widać po nim takiej radości jak po moich psach ale jestduuużo lepiej niż na początku.
Mamy problem jeszcze z przywoływaniem i skupieniem się na danej rzeczy...
Niestety jego były właściciel nauczył go różnych sztuczek, ale tych podstawowych umiejętności jak przychodzenie na zawołanie, skupienie się na właścicielu a nie na 100 innych czynnościach niestety już nie nauczył.
Ale powoli korygujemy braki w zachowaniu i są jakieś malutkie postępy.
Nero jest najukochańszym labiszonem pod słońcem i to że uratowaliśmy go z losu psa podwórkowego wuażam za absolutny obowiązek, poza tym już od 2 lat miałam zamiar kupno labka i z dnia na dzień spotkała mnie taka niespodzianka w postacj Nera.
Fajny temat,nawet nie wiedziałam ,że taki tu istnieje
Mój pierwszy psiak może nie był tak na 100% adoptowany,przechodził z rąk do rąk ,koleżanka przyszła z nią do nas na rękach ,miała wtedy jakies 10 tygodni i 2 czy 3 właścicieli za sobą.:(
Nie myśleliśmy wtedy o psie jakimkolwiek ,niedługo miało się pojawić dziecko na świecie,i nikt nawet nie myślał o psie zwłaszcza o szczeniaku.
No ale szczeniaczek wpadł do domu,obskoczył wszystkie kąty,pogonił kota zjadł koteczkowi wszystko co miał w misce ,wskoczył mężowi na kolana i ..zasnął I tak na tych kolanach już została.
Jakoś tak obydwoje wiedzieliśmy bez słów ,że szczeniaczek zostaje,nie było innej opcji.
A w sumie to nawet nie było wiadomo co z tego szczeniaka wyrośnie.
Wyrosła duża ,wielkości i wyglądem przypominająca goldena suczka,najukochańsza na świecie
Nie było z nią praktycznie żadnych problemów wychowawczych,całe życie chodziła bez smyczy,najch ętniej przy nodze choć nikt jej tego nie uczył.Oj ,jak mi dzisiaj tego z Klockiem brakuje
Problemy miała za to ze zdrowiem,najpierw takie mniej poważne ,całe własciwie życie zmagała się z chorymi uszami,później doszły problemy ze stawami. Tak mi się przynajmniej zdawało ,bo żaden lekarz nigdy nie postawił jasnej i 100% diagnozy.
W starszym wieku już często bywały momenty,że nie była w stanie nawet chodzić. Do tego mieszkaliśmy na trzecim piętrze,często problemem było wejście czy zejście po schodach.
Byliśmy właściwie skazani na jednego lekarza ,do którego można było dojść pieszo,bo Asta za żadne skarby nie wsiadła do żadnego środka lokomocji,przystanki autobusowe omijała szerokim łukiem.
W gorszych dniach-tygodniach dostawała zastrzyki,aby mogła w miare normalnie funkcjonować,niestety zastrzyki sterydowe ,którch skutkiem ubocznym była prosta droga do cukrzycy,o czym gdzieś tam wyczytałam ,dowiedzialam się niestety jak już Asty z nami nie było.
Była z nami 13 lat,niestety pewnego dnia już nie wstała.. przestała jeść ,pić, potrzeby załatwiała bezwiednie ,pod siebie.. Mimo próby leczenia ,jednej ,drugiej ,jej stan nie ulegał poprawie nawet w minimalnym stopniu. Jedyne co nie uległo zmianie to jej merdający ogonek na nasz widok..
Przeżyliśmy to strasznie,i każdy chyba ma taki moment po stracie psa,że mówi : nigdy więcej żadnego innego.
Minęły 3 lata,i pojawił się Klocenty,wynaleziony gdzieś w ogłoszeniach,niby też nie adoptowany ale DZISIAJ to wiem,że pewnie wyrwany z jakiejś pseudo,gdzie był tylko kolejnym szczeniakiem na którym można zarobić..Gdzieś na forum opisywałam też jego przybycie do nas.
I jakoś tak marzy mi się kolejny labrador(choć niekoniecznie lab) ,decyzja w sumie już zapadła,problem jedynie z logistyką ,ale będzie napewno.
Niewiem,wydaje mi się ,że człowiek dojrzewa po prostu do takich decyzji,że jesli chce się drugiego czy trzeciego psa w swoim domu ,to bardzo często bywają to własnie takie bidy po przejściach..
Mam mnóstwo obaw z tym związanych,nasz rezydent też do ideałów nie należy ,do tego 2 koty,ale jakoś nie umiem sobie wyobrazić ,że możemy NIE adoptować jakiegoś potrzebusia.
Może to trochę jak wyzwanie,w sumie to przeszkody czy problemy są po to zeby je pokonywać.
Mój labrador: Balbina
Suczka urodziła się:
01-03-2012
Mój labrador: Basia
Suczka urodziła się:
12-09-2013
Wiek: 40 Dołączył: 25 Mar 2013 Posty: 68 Skąd: poznan
Wysłany: 31-07-2013, 22:04
Z moich obserwacji wynika, że Balbina pochodziła raczej z bloku. Szczeka jak ktoś dzwoni do drzwi albo jak ktoś z domowników schodzi z piętra. Tu widać poprawę bo już na to nie reaguje. Widać też jest, że osoba która ją oddała do schronisk bądź porzuciła była dorosłym mężczyzną budowy mojego ojca ;p (grrrrubas). Po adopcji Balbiny mój ojciec był przez nią ciągle obszczekiwany i mam wrażenie, że ciągle się Balbina Go boi. Widać, że była karmiona fast foodami jak widzi torbę z Mc Donald czy KFC to ślinka leci jej strugami . Jedyny problem z którym mam problem to szczekanie na obcych i wrodzona do nich nieufność. Bo włażenie na kanapę i na moje łóżko uznaliśmy za błąd wychowawczy poprzednich właścicieli
klaudia1234 [Usunięty]
Wysłany: 03-08-2013, 17:56
LukaszByczyk napisał/a:
Bo włażenie na kanapę i na moje łóżko uznaliśmy za błąd wychowawczy poprzednich właścicieli
My tak samo, ale potem ulegliśmy
Bardzo dobrze że są ludzie dla których los potrzebujących nie jest obojętny. Niestety takich "dobrych dusz" ze świecą szukać...
My mamy w sumie 3 adoptusy. Ich historie po kolei. Gdy zapadła decyzja o pojawieniu się psa w domu wiedziałam że będzie to adopcja lub przygarnięcie. Córka marzyła o goldenie, więc przeszukałam internet i znalazłam ogłoszenie „oddam w dobre ręce goldena” Samym przeżyciem była podróż po psa, transport samochodowy zawiódł, ale desperacja była ogromna więc wsiadamy z córką w pociąg i z 2 przesiadkami docieramy pod wskazany adres. A tu za bramą stoi brązowa bida, chuda, brudna i nie golden tylko prawdziwy labek. Scooby doo nazwała go córka i tak zostało. Powrót był koszmarem, bał się wsiąść do pociągu. Skobeczek miał jedną okropną wadę, przy każdej okazji uciekał. Potrafił znaleźć i przecisnąć się przez najmniejszą niedoskonałość ogrodzenia. Otwarte nieopatrznie drzwi domu już dawał w długą. Ile się za nim nabiegałyśmy, naszukałyśmy ile razy straciłyśmy nadzieję że wróci. Ale po dłuższym czasie ogarnął się i zaprzestał samodzielnych wycieczek. Już ze Skobeczkiem poznałyśmy pana Luki i Blondyna, męża. Skracając maksymalnie historię. Więc były 3 laby. Kiedyś cała trójka nawiała , podejrzewamy że szukały męża będącego w dłuższej delegacji. Tragedia, dzień, dwa, tydzień nie ma , ogłoszenia o zaginięciu wszędzie, policja, weterynarze, schroniska. Po tygodniu znalazły się, zadzwoniło schronisko. Pędzimy na skrzydłach. Są!!!! I wtedy zapada spontaniczna decyzja, z wdzięczności że się znalazły dajemy dom labkowi ze schroniska. Obietnica została dotrzymana, mąż na stronie internetowej schroniska znajduje Toffika 9-letniego labka, którego porzuciła właścicielka. Poszukiwano mu domu na Waszym forum http://forum.labradory.or...der=asc&start=0 Na miejscu powiedziano nam że znaleziono właścicielkę ale ona go już nie chce!!! To co zobaczyliśmy przeszyło nasz dreszczem. Labek przerażony siedział w kojcu z husky'm, nie chciał wyjść z budy, husky mu nie pozwał jeść, pogryzł po pysku i uszach. Bieda z nędzą. Zagłodzony i przerażony 9 letni labrador by tam po prostu umarł. Bo raczej nie miał szans , że ktoś go przygarnie. Z Toffikiem był problem wychowawczy. Kompletnie niesocjalizowany pies. Nie rozumiał żadnych komend. Gdy tylko byliśmy w jego zasięgu skakał na nas jak pchła i podgryzał. Nic nie rządziło, ani zostań, nie wolno, na miejsce. Na spacerach ciągnął tak że wyziewałam ducha (hm jak na 9- lat miał pary za dwóch), smycz wrzynała się w rękę. Ale powoli jego napastliwość się normowała, widząc nasze psy wzorował się chyba na nich i powoli zrobił się posłuszny. Trochę to trwało. Gdy pojechaliśmy po Toffka do schroniska , szukając go między kojcami zobaczyliśmy młodego labka czarnego jak smoła diabełka, który wyciągał łepek do głaskania przez kraty. Pamiętam słowa męża " wiem że jestem szalony ale nie zostawimy go tu" I tak wróciliśmy z dwoma labkami, pracownicy powiedzieli nam, że właścicielka do jego wychowania używała paralizatora, bo był wg niej nie do okiełznania. Faktycznie miał ślady powypalanej sierści. Black – dwulatek był u nas parę dni , bo zakochała się w nim moja mama. Ponieważ była w strasznej traumie po śmierci mojej siostry, postanowiliśmy go jej podarować. I to był strzał w dziesiatkę. Ten rozbrykany , nieokiełznany z ADHD psiak przywrócił jej chęć do życia. Mama zwariowała na jego punkcie , ma o kogo dbać i rozpieszczać. Jest najlepszym przykładem na to że "Labrador jest jak plaster na skołataną duszę, przy nim smuteczki nigdy nie trwają długo "Blekuś – jak nazywa go mama też dawał w kość na początku. Był nieokiełznany, niewychowany i bezkarny. Na początku leciały doniczki z kwiatkami, dywany zmieniały miejsce a i obrus z zastawą nieraz lądował na ziemi. Ale powoli się wyciszył. Nigdy nie żałowaliśmy swoich decyzji. Widząc Toffika , który pełen życia i wigoru i szaleje z nasza 10 letnią Luką serce się raduje.
_________________ "Nie ma znaczenia ile masz pieniędzy, ani ile rzeczy, możesz być biedakiem, ale mając psa jesteś bogaty" - Louis Sabin
Wiek: 36 Dołączyła: 12 Lip 2013 Posty: 107 Skąd: Warszawa
Wysłany: 13-09-2013, 12:13
Sobcia, ależ wzór!
ja bym chciała kiedyś jeszcze adoptować czekoladową suczkę.
Roko to nasza pierwsza adopcja (psa, bo kota wzięliśmy już wcześniej). I szczerze mówiąc na Roko trafiło przypadkowo. Mój narzeczony chciał koniecznie, koniecznie starszego psa, takiego jakiego nikt nie chce. Ja przyznam, że stchórzyłam... Bałam się, że się przywiążę, że szybko odejdzie, że nie będę wiedziała jak się zająć nim... Dlatego mimo tego, że interesowaliśmy się psami już większymi, zadzwoniliśmy w sprawie Roko żeby od szczeniaka poznać co i jak. Dokształcić się i wtedy kiedyś, w przyszłości, przy dobrych warunkach myśleć o innych adopcjach.
O ile komuś nie zależy na rasowym psie - adoptujcie, jest tyle niechcianych psiaków!
Mój labrador: MOCCA
Suczka urodziła się:
13.11.2005
Wiek: 47 Dołączyła: 02 Mar 2014 Posty: 5 Skąd: POMORSKIE
Wysłany: 07-03-2014, 21:21
Miło się czyta te wszystkie posty o adopcji wraca wiara że są dobrzy ludzie. My z mężem mamy labradorkę która jest zakupiona ale za to dwa koty i jeden pies to przybłędy nasza druga suczka jest kundelkiem wychowana u nas od 7 dnia wykarmiona noce nie przespane weterynarze nawet za free leczyli ją nie dając wiele szans na przeżycie ale my wierzyliśmy i udało się wyrósł zdrowy kawał CHOLERY zjadła materac poszewki wszystkie komplety dwie kraty odgradzające piętro kanapę laptopa i kilka innych rzeczy, a żeby było mało to wielbi koty jak bogów nie wiem z jakiej to mitologi ale ona nie wyrabia jak je widzi. Oczywiście kochamy ją śpi z nami nawet między nami w nogach labradorka a na nogach koty budzę się połamana ale za to mi ciepło.
pozdrawiam
Mój labrador: Hermiona (*)
Suczka urodziła się:
30.08.2003-02.05.2018
Mój labrador: Fiona (*)
Suczka urodziła się:
23.01.2008-12.12.2019
Mój labrador: LOVE STORY Lualaba(*)
Pies urodził się:
14.09.2008-19.06.2022
Dołączyła: 31 Paź 2008 Posty: 9860 Skąd: Warszawa
Wysłany: 07-03-2014, 22:53
MOCCA, Jak bym własny dom widziała Stado adoptusiów psich i kocich... wylegujących się na mojej głowie, moich nogach..szyi, piersi.. W nocy się budzę bo mi tchu brak, myślę że...zmora mnie dusi a... to jeden z moich kotów właśnie na mojej klacie smacznie chrapie
Ludzie mówią żem wariatka... dom w przytulisko zamieniłam ale.. to "mój cyrk i moje małpy "..ja tak lubię, kocham i wszystkim wara od mojego świata.
Nie wyobrażam sobie życia bez mojego zwierzyńca..
Trzy psy...trzy koty..wszystko z odzysku.
To nic, że ciuchy w lumpeksie kupuję...tipsów nie robię, na kosmetyczkę mnie nie stać ale....
ci inni ludzie nie wiedzą co tracą, nic nie zastąpi czułego mruczenia, wiernego przytulania no i ...tych spacerów nocą.
Ci normalni ludzie siedzą przed telewizorem bo samemu na spacer nie bardzo wypada iść a ja.... ja o każdej porze dnia czy nocy...idę..idę w najciemniejsze zaułki miasta bo...mam wiernych przyjaciół,obrońców i ....nie straszna mi noc czy zawierucha
U mnie jest podobnie. Mam 3 przygarniasy (2 z ogłoszeń i 1 z ulicy).Z pełną odpowiedzialnością i świadomością dałam im dom wiedząc, że zostaną ze mną do końca swych dni. Nie wyobrażam sobie innego życia chociaż nie zawsze jest łatwo. Nie mieszkam sama, mąż (1 od 23 lat……już), dzieci (3) ale wszyscy bardzo mi pomagają. I nie przeszkadza mi (nam) to jak trzeba pozbierać sierść w mieszkaniu, kupy na trawniku (domena mojego męża) i niemiłosierne chrapanie Huga . Bardzo mi żal, że nie mogę pomóc innym psiakom, patrząc na te wszystkie nieszczęścia które ich spotykają. A jak ktoś tego nie rozumie … to trudno, …ja (my) wiemy, że w dobrą stronę idziemy ……..
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach Nie możesz załączać plików na tym forum Możesz ściągać załączniki na tym forum