Wysłany: 26-10-2015, 11:05 Kacper - umarł jego pan - pozostawiony w samotności.
Cytat:
umarł właściciel - starszy pan ...pies jest na posesji sam...dokarmiaja do sasiedzi... córka własciciela mieszka w innym mijescu 2 razy w tyg przyjezdza do psa...
pies jak sie okazuje był zabierany przez starszego pana do domu choc kojec tez mial....ale byl psem glownie do towarzystwa nie pilnujacym
napewno swietnie dogaduje sie z suczkami
nie wiedza czy jest wykastrowany
8 lat
nie wiadomo jak z samcami , bo sassiedzi maja suczki i takowe czasem przechodzily na posesje do labka .... bawil sie z nimi ..tyle
prosze dac znac jakie sa szanse zabrania go
Kacperek już po kastracji. Zrobione miał badania krwi, wcześniej został zaszczepiony, odrobaczony. Prześwietlone zostały stawy i kręgosłup. Stawy w porządeczku. Bardzo dziękujemy Kasi i jej mężowi za wzięcie na swoje barki części kosztów utrzymania Kacperka.
Napiszę parę słów o naszym życiu z Kacprem. W końcu minął już miesiąc odkąd jest w naszym DT.
Po Kacpra pojechałam z mężem i Inką w niedzielę. Pierwsze spotkanie psiaków przebiegło bez większych emocji. Inka jak zwykle szalała, bo liczyła na zabawę. Zabrany ze znanego sobie miejsca i po podróży samochodem, którą najprawdopodobniej odbył pierwszy raz Kacper był trochę przestraszony. Tulił się do swoich człowieków. Nas uraczył tylko wąchnięciem. Smaczkami nie dał się przekupić. Do samochodu został włożony, gdyż nie bardzo wiedział jak do niego wsiąść. Podczas drogi powrotnej Kacper wiercił się, więc po postoju siadłam z nim z tyłu. Pokładał się, przytulał i próbował kimać, co niekoniecznie mu wychodziło. Był trzęsącą się kulką strachu W domu okazało się, że to przerażenie jest na tyle duże, że bał się zasnąć. Chodził za nami jak cień. Wystarczyło, że sąsiedzi wychodzili z mieszkania, a Kacper już był pod drzwiami. Zasnął dopiero w nocy, ale i tak wyjście do łazienki skutkowało obstawą.
W niedzielę tak naprawdę nie mieliśmy szans poznać Młodego. Ale od poniedziałku się zaczęło...
Szykowanie się wujka (męża mego osobistego) do pracy było hmmm... ekscytujące, dla Kacpra oczywiście. Biegał- tak, biegał!- za wujciem po całym domu. Obudził wszystkich, nawet mnie. A ja nie lubię być budzona w środku nocy (6:20) Mam cichą nadzieję, że sąsiedzi jednak spali smacznie. W momencie kiedy Kacper potowarzyszył we wszystkich porannych czynnościach, okazało się , że to nie wszystko na co stać naszego "tuptusia". Szał jaki zapanował podczas ubierania się na spacer był dla nas nie małym zaskoczeniem. (Zapewne teraz sąsiedzi stali na baczność) Ani Inka, ani nasz poprzedni tymczasowicz Marley nie byli tak wylewni podczas okazywania radości ze spaceru. Po powrocie zaczęły się schody, gdyż okazało się, że nasz królewicz jest wybredny jeśli chodzi o śniadanko. Karma sucha- samo zło, zmieszana z mokrą- trochę lepiej, ale tylko do dwóch kęsów. Ciocia, z racji tego, że już i tak nie spała o 6:50 dla księciunia ryż gotowała. Inka po śniadanku ani myślała iść spać dalej, gdyż wiedziała co smacznego się święci Kacper pogardził cioci ryżykiem z marchewką i mokrą karmą. Inka strzeliła focha, bo nic jej się nie skapnęło. Poranek niczym z bajki.
Po wyjściu wujka do pracy Kacper siadł pod drzwiami i zaczął pod nosem popiskiwać. Zatkało mnie. Lęk separacyjny, kiedy w domy są jeszcze trzy inne osoby (wliczając w to Inkę). Na szczęście zawołany przybiegł i wskoczył na łóżko. Na nieszczęście pielgrzymki pod drzwi i z powrotem odbyły się jeszcze kilka razy. Na szczęście popiskiwał cichutko pod nosem i nie za każdym podejściem pod drzwi. Na nieszczęście podczas tych wycieczek obsikał ścianę Można sobie zatem wyobrazić, jaki miałam mętlik na myśl o moim wyjściu do pracy. Niby tylko 1,5 h, a jednak gula w gardle rosła. Jak się okazało nie było tak źle. Chyba spali (Inka napewno). Jednak moja radość nie trwała zbyt długo, bo po kilku minutach od mojego powroty Kacper znowu obsikał ścianę. Niby planowaliśmy nową tapetę w przedpokoju, ale nie przypominam sobie, żebym wspominała o tym przy psach. A jeśli nawet, to nie chciałam, żeby odmaczana była w ten sposób Więc w te pędy na spacer. Okazało się, że Kacper mimo iż nie miał styczności ze smyczą umie się na niej poruszać. Nie jest to rewelacja, bo zdarza mu się pociągnąć, ale nie wyrywa rąk i skorygowany idzie grzecznie. Po spacerze wylądowaliśmy u weterynarza. Doktorek pomacał, pooglądał, osłuchał i zaaplikował szczepionki. Kacper jak to facet trzymał się dzielnie. Doktor nie umiał się nachwalić królewicza. A jaki on szczuplutki, a jaki piękniutki... same ochy i achy Wstępnie umówiliśmy się też na kastrację na środę.
Podczas kolacji królewicz wybrzydzał tak samo jak rano. Więc ciocia po małych podpowiedziach dobrych duszyczek do ryżyku dodała pewnego specyfiku i Kapi wciągnął połowę porcji.
Kolejne dni niczym nie różniły się od pierwszego, poza tym, że ciocia doznała objawienia i skończyło się sikanie w domu, no prawie. Zabieg został przełożony na czwartek z powodu jednorazowej sensacji żołądkowej objawiającej się zarzyganym dywanem. A Kacper przyzwyczajał się do psiego jedzenia.
Zabieg odbył się bez komplikacji. Telefon doktorka po dwóch godzinach od zawiezienia psa do lecznicy tak wyprowadził ciocię z równowagi, bo wyobraziła sobie najgorsze, że przejechałaby na czerwonym i wpadła pod tira.
Podczas odbioru Młodego dowiedzieliśmy się, że stawy ma jak 'Młody Bóg' i przy odpowiedniej diecie i opiece najprawdopodobniej do końca swoich dni nie będzie miał z nimi problemu. Z badań krwi wyszło, że wątroba ociupinkę cierpiała na domowej, niekoniecznie zdrowej diecie (jak się dowiedzieliśmy pączki i czekolada również w niej były). Nie jest to stan wskazujący, do podania leków. Mamy nadzieję, że dobra i zdrowa karma pozwolą uregulować te parametry.
Królewicza odebraliśmy w kołnierzyku. Nie był tym faktem zadowolony. Na tyle, że po wygojeniu się rany, którą wylizywał przy każdej sposobności, co skutkowało początkiem rozłażenia się szwów i przedłużonym noszeniem tegoż ustrojstwa, kołnierz wygląda, jak po zmasowanym ataku wściekłych nosorożców. Nasze narożniki ścian i szaf, też lekko narzekają.
Pierwsza profesjonalna kąpiel Kacpra odbyła się po całkowitym wygojeniu się rany. Z duszą na ramieniu ciocia zostawiła Kacpra w psim spa, gdyż wiedziała, jak chłopak bardzo boi się wszelkich głośno pracujących sprzętów. Pierwsze spotkanie z odkurzaczem skończyło się popuszczeniem moczu. Teraz jest już dużo lepiej, chłopak nie lubi, ale toleruje to warczące coś, a nawet zdarza się, że z bezpiecznej odległości obserwuje. Zastanawiam się, czy czasami nie pilnuje, żeby mnie nie wciągnęło Wracając jednak do kąpieli. Okazało się, że był lekko wystraszony, ale po chwili skapitulował, bo chyba doszedł do wniosku, że to nic strasznego i leżąc poddawał się wszelkim zabiegom upiększającym.
Królewicz jest bardzo zaborczym facetem. Chciałby mieć człowieków na własność. Jest zazdrosny o Inkę, potrafi z impetem wepchnąć się pomiędzy nią a smyrkającego. Bawią się ze sobą super, ale kiedy tylko zwróci się uwagę na Inkę, to złośliwie potrafi coś zniszczyć. Ciocia wybaczyła już jej ulubione zimowe rajstopki. No w końcu łydka, konkretnie prawa też chciała móc swobodnie oddychać, więc Kacper po prostu wyświadczył jej przysługę, łydce oczywiście. Inka wybaczyła swojego jeżyka, który wcale tego nosa nie potrzebował, no powiedz wujku, że bez niego mu ładniej. I owieczkę, która miała obrzęk mózgu, więc straciła skórę z głowy razem z okiem i policzkiem też prawym, gdyby ktoś pytał
Z premedytacją zaczął również zajmować Inki miejsce na łóżku. Raz zdarzyło mu się zawarczeć na nią w nocy kiedy próbowała się wgramolić pod kołderkę. Raz również zaspany zawarczał i próbował mnie capnąć, kiedy próbowałam go przesunąć i z Inką wcisnąć się na wyro do śpiących królewiczów, ale ofukany za to chyba zrozumiał swój błąd i sytuacja jak narazie się nie powtórzyła.
Młody uspokoił się trochę. Chyba zrozumiał, że nasze wyjścia oznaczają również powroty i już nie boi się tak bardzo, że znowu ktoś go zostawi. Coraz ładniej reaguje na komendę 'siad' i nawet umie chwiluńkę czekać kiedy stawiam miskę z jedzeniem na podłodze. Jednak z wybuchami niekontrolowanej radości jaką objawia na wieść o spacerze nie jesteśmy sobie w stanie poradzić (ile umieliśmy w tej materii zdziałać sami, tyle zdziałaliśmy, ale od kilku dni stoimy w miejscu), dlatego za kilka dni udajemy się do szkoleniowca. Może nam podpowie jakieś sprytne rozwiązanie
Od początku naszego pobytu walczyliśmy z qupą, o łagodnie mówiąc nieciekawej konsystencji. Pierwsze myśli były kierowane ku przestawianiu się układu pokarmowego na nowe jedzenie, ale kiedy po trzech tygodniach niewiele się zmieniło, a do tego waga szła w dół, za radą doktorka zebraliśmy qupsko do pojemniczków i zawieźliśmy mu do badania. Okazało się, że chłopak ma lamblię. Trzydniowa kuracja, którą zastosowaliśmy powinna zgładzić to paskudztwo. Teraz czekamy na poprawę, bo...
Jesteśmy dumni z naszego Tadka niejadka, bo dzisiaj pierwszy raz odkąd jest u nas zjadł suchą karmę bez żadnych 'wspomagaczy' na kolację Miejmy nadzieję, że waga pójdzie w górę
[ Dodano: 25-11-2015, 18:03 ]
Upst....
Chyba, to trochę więcej niż kilka słów
[ Dodano: 25-11-2015, 18:24 ]
Tak cudnie wyglądam w kołnierzu
Śnieg pada, śnieg pada, a ja coś nie mam humoru
Jesteśmy kosmitami
Ostatnio zmieniony przez Ryniu 25-11-2015, 20:47, w całości zmieniany 1 raz
Od razu wiedziałam, że z niego fajny gałgan
Teraz dziurawe rajstopy są w modzie, ciotka coś niedzisiejsza jesteś
Kibicujemy wszelkim przejawom twórczości Księciunia. Zwłaszcza Skipper poleca się jako doradca w kwestiach różnych artystycznych przeróbek - ma na tym polu bardzo bogate doświadczenie
[ Dodano: 22-12-2015, 09:18 ]
Co słychać u naszego czarnego księcia?
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach Nie możesz załączać plików na tym forum Możesz ściągać załączniki na tym forum