Mój labrador: Hermiona (*)
Suczka urodziła się:
30.08.2003-02.05.2018
Mój labrador: Fiona (*)
Suczka urodziła się:
23.01.2008-12.12.2019
Mój labrador: LOVE STORY Lualaba(*)
Pies urodził się:
14.09.2008-19.06.2022
Pomogła: 17 razy Dołączyła: 31 Paź 2008 Posty: 9860 Skąd: Warszawa
Wysłany: 10-10-2011, 21:17
Agato...Ty wiesz, ja wiem.. znamy walkę o nie chciane psy.
Najbardziej boli porażka, nie udana adopcja ale....... trzeba się otrząsnąć i walczyć dalej, bo jak widzimy psów przybywa. Schroniska pełne labradorów a chętnych coraz mniej.
Coraz częściej ręce opadają.
Odnosząc się do Twojego postu.
Często ryzykujemy bo sytuacja nas do tego zmusza, a potem się modlimy by było dobrze.
Wywołam do tablicy naszą nowa koordynatorkę Monisiaczek.
Jej Samba to moja adopcja.
Pies z łańcucha o nie znanych przeżyciach.... mogło być tragicznie, mogło być........
Obie z Moniką ryzykowałyśmy, ja jako koordynator, ona jako DT .Udało się ale...nie zawsze się udaje.
Chciałam tylko przeprosić Wszystkich. Nie chcę już się tłumaczyć, naprawdę. Dowóz Prady był niemożliwy, więc nie mogła opiekunka suni być z Nami, chociaż bardzo tego chciałam. Mój mąż pracuje czasem po 16 godzin, ponieważ jest ciężko, takie czasy.
I naprawdę jest mi przykro.
Mój labrador: Hermiona (*)
Suczka urodziła się:
30.08.2003-02.05.2018
Mój labrador: Fiona (*)
Suczka urodziła się:
23.01.2008-12.12.2019
Mój labrador: LOVE STORY Lualaba(*)
Pies urodził się:
14.09.2008-19.06.2022
Pomogła: 17 razy Dołączyła: 31 Paź 2008 Posty: 9860 Skąd: Warszawa
Wysłany: 10-10-2011, 22:21
Małgosia napisał/a:
I naprawdę jest mi przykro.
Wierzę, gdyby było inaczej, nie weszła byś na forum, nie starała się wyjaśnić swoich racji.
Jak 90% społeczeństwa, po prostu byś udała że nic się nie stało.
Nie mnie oceniać co by było gdyby...
Sama mam w domu sukę z agresją lękową.Sukę której nie do końca można zaufać.Trzy lata się jej uczymy i teraz mogę przewidzieć jej zachowania.
Teraz wiem że ze strachu może się rzucić na człowieka, na męża warczy w określonych sytuacjach.Do weterynarza musi jeździć w kagańcu bo nikt jej nie wyciągnie z samochodu.W kagańcu jest potulna jak baranek... bez to "fiolka nitrogliceryny".Gdy nadciąga burza, Fiona / bo o niej pisze/ zaszywa się w swojej samotni, wtedy wiemy że nie wolno jej przeszkadzać, chce się bać w samotności.Każda próba namówienia jej na wyjście, kończy się ostrzeżeniem, jeśli to zbagatelizujemy .... następuje atak.To mój kochany pies ale...pies po przejściach.
Psa trzeba się nauczyć i zawsze pamiętać że to pies.
Jestem pewna, gdyby stało się jakieś nieszczęście i Fiona by musiała być do adopcji, szybko by ja uznano za psa agresywnego, nieadopcyjnego
Może należało przekazać psa bezpośrednio do domu w obecności opiekunki (DT) i wszystkich domowników - mam na myśli męża (który rozumiem że był nieobecny), może należało wspólnie posiedzić godzinkę, dwie porozmawiać, pochodzić po mieszkaniu i obserwować zachowanie psa i domowników, wiem że mogę pisać głupoty i może było to trudne do wykonania ale napewno wykonalne, może by coś było sygnałem że jest nie tak
Ano... wiem, że to nierealne, ale obserwując na różnych adopcyjnych forach i niestety też w schroniskach nieudane adopcje czasem sobie myślałam, czy nie warto byłoby robić "przekładania psa" czyli coś podobnego, jak robi się to w przypadku przekazywania psa asysta osobie niepełnosprawnej.
Jednak to nierealne, nikt nie ma czasu na kilka wizyt, przyzwyczajenie psa do nowej rodziny i nowego otoczenia, ba! nawet pomieszkiwanie dotychczasowego opiekuna razem z psem w domu potencjalnych adoptujących. Obserwację, przekazywanie uwag i oswajanie ludzi i psa ze sobą nawzajem.
Bywa tak, że pies trafi na swojego człowieka a człowiek na psa i adopcja jest na 100 % od początku udana i szczęśliwa.
Bywa tak , że człowiek i pies muszą się poznać, zrozumieć i "dotrzeć" - i żyją długo i szczęśliwie.
Ale niestety bywa i tak, że to nie ten pies albo nie ten człowiek , nie pasują do siebie i nigdy się nie dogadają.
I w tych dwóch ostatnich przypadkach takie "przekładanie" byłoby wskazówką - powierzyć psa pod opiekę tej osoby czy nie?
Cytat:
Ponieważ zdarzają się psy trudne i z takimi się spotykamy, pragnę aby każdy kto miał okazję obcować z takim psem, podzielił się swoimi doświadczeniami.
Moją historię z Saszą znacie.
I z perspektywy czasu - pomimo, że wcześniej w domu rodzinnym były 2 ON-ki i myślałam, że znam się na psach - mogę powiedzieć, że adopcja Saszy pokazała mi, jak bardzo się myliłam. Jednak to dzięki Saszy - bo kiedy zaczęły się problemy i agresja nawet nie pomyślałam, że mogłabym oddać i prawdopodobnie skazać na uśpienie psa, któremu uratowałam życie - zaczęłam szukać wiedzy, uczyć się i ciężko pracować po to, żeby ocalić ją i... siebie, bo gdybym wtedy się poddała nigdy bym sobie tego nie wybaczyła
Mój labrador: Hermiona (*)
Suczka urodziła się:
30.08.2003-02.05.2018
Mój labrador: Fiona (*)
Suczka urodziła się:
23.01.2008-12.12.2019
Mój labrador: LOVE STORY Lualaba(*)
Pies urodził się:
14.09.2008-19.06.2022
Pomogła: 17 razy Dołączyła: 31 Paź 2008 Posty: 9860 Skąd: Warszawa
Wysłany: 10-10-2011, 23:17
Gocha2606 napisał/a:
zaczęłam szukać wiedzy, uczyć się i ciężko pracować po to, żeby ocalić ją i... siebie, bo gdybym wtedy się poddała nigdy bym sobie tego nie wybaczyła
Najprawdopodobniej miałaś ku temu odpowiednie warunki, mogłaś "ryzykować",nie każdy tak może i w tym tkwi problem.Ludzie chcą ale nie zawsze mogą.
Ja nie mam małych dzieci i mogę swój czas poświęcić psom.Mogę analizować i poprawiać stosunki tak by żyć zgodnie i bez, większego, ryzyka.
Życie z psami nauczyło mnie, przede wszystkim, szacunku do tych pięknych stworzeń.
Nauczyłam się kochać je mądrze.
Adoptowane psy to wielka niewiadoma dlatego każdego kto chce psa po przejściach uprzedzam o możliwych problemach.
Love- pies ideał a przez pierwsze pół roku na widok dziecka przywierał do podłoża i chciał się zakopać pod ziemię.
Małymi kroczkami uczyłam go ze dzieci nie są takie złe ale nigdy bym go nie zostawiła z dzieckiem bez nadzoru, mojego nadzoru bo nikomu nie zaufam.Pies maltretowany przez sześcioletnie dziecko teraz pozwala się głaskać i nawet ogonem merda, nie wiem czy kiedyś nie ugryzie.
Zawsze musimy pamiętać że to pies po przejściach.
Pomogła: 7 razy Dołączyła: 26 Lis 2007 Posty: 4631 Skąd: Polska
Wysłany: 11-10-2011, 00:02
Oglądam to zdjęcie ugryzienia (ponoć)
Każdy, którego nawet lekko uderzył pies zębami powie, że ta fotka wklejona kilkanaście postów wyżej to nie jest zdjęcie śladu po ugryzieniu?
Po pierwsze rana jest za mała, punktowa. Gdzie reszta zębów ? Jak wygląda ślad po wierzchniej stronie dłoni ? Gdzie są siniaki ? Minęły raptem 3 dni ?
Gdzie stał człowiek ? gdzie stał pies ? Małgosia możesz to powiedzieć ? W jakich okolicznościach doszło do zdarzenia ?
Byłam ugryziona przez własnego psa, do krwi - żeby polała się krew pies musi ostro dziabnąć, silnie uderzyć zębami, ręka puchnie, dość mocno, siniak jest spory.
Podsumowując.... wklejone zdjęcia pokazują może dziabnięcie się gwoździem, a nie ślad po ugryzieniu psa, wielkości labradora.
Małgosia, Ty sie proszę zastanów co robisz, przyklejasz łatkę psa agresywnego suce, która agresywna nie jest. Kochasz psy, to teraz to udowodnij i odszczekaj wszystkie bajeczki jakie stworzyłaś. Dla dobra tego psa.
Co do ugryzienia jest prawdziwe, i cieszę się, że to tylko jest mała rana.Cieszę się również , że sąsiad jest dobrym człowiekiem.Do zajścia doszło , gdy mijałam sąsiada na schodach, wybaczcie, lecz nawet nie zauważyłam żadnej agresji ze strony Prady, ugryzła od razu.
Mi też było głupio, że nie rozpoznałam niczego po suni, do teraz myślę, może jednak mogłam.
Lecz trudno było to zauważyć, ona będąc u mnie ani razu nie szczeknęła, ani razu też nie warknęła, więc nie byłam w stanie przewidzieć , kiedy ugryzie.
Gdybym tylko mogła Prada mieszkałaby już dawno ze mną, bo wiem że do niej potrzeba specyficznego podejścia, przynajmniej na początku jej pobytu w nowym DS...
Niestety ale póki co warunki mi na to nie pozwalają...
Prada bardzo się przywiązuje do swojego opiekuna i rozstanie z Gosią było dla niej ogromnym przeżyciem i stresem,a do tego ciąganie po weterynarzu...
Mamy domek w Świeciu, będziemy jechać tam z Pradzinką na wizytę,zobaczymy czy jedna wizyta wystarczy czy potrzebnych będzie więcej wycieczek, ponieważ stan psychiczny Prady po tej nieudanej adopcji się pogorszył ...
Adopcje psów po przejściach są specyficzne i ciężko dobrać odpowiedni domek...na wizycie może być wszystko ok, po rozmowie tel również, a pies zamieszkuje w nowym domu i okazuje się, że to totalna klapa...
dlatego tak jak pisze Agnieszka, należy wyciągać wnioski i się nie poddawać, tak też będzie w przypadku Pradziulki.
Mam 41 lat i nie będę zachowywać się , jak małe dziecko wymyślając bajki czy kłamać.
Przez całe moje życie miałam psy, od dzieciństwa, począwszy od zwykłych burków, skończywszy na amstaffie.Miałam przez 13 lat dwa boksery sunię i pieska, sunia chorowała na badaczkę i nerki , pies na raka jelita grubego, namęczyłam się strasznie, leczyłam, nie chciałam by odeszły.Było mi ciężko, ponieważ całą uwagę i czas poświęcałam psiakom. Choroba suni praktycznie była nie do wyleczenia, odeszła w wieku 5 lat.Pies dożył lat 8 , lecz przy końcu wył z bólu załatwiając się.
Pomimo utracie psiaków nie mogłam żyć bez psa.Wtedy wzięliśmy amstafa , wychowałam go dobrze, oczywiście chciał dominować nad moim wtedy jeszcze małym synem, czasem go chciał ugryźć, lecz udało mi się przyznaję walczyłam przez rok , zrobić go psem obojętnym w stosunku do dzieci.
Niestety nie lubił małych psów, zawsze musiałam uważać by nie ugryzł.Ważył 50 kg z trudnością go czasem odciągałam. Gdy skończył 5 lat zaczęły się choroby.Miał silne zapalenie stawów, znosiłam go ze schodów, na zastrzyki.Gdy nie było męża prosiłam o pomoc innych. Gdy stawy odpuściły , dostał zapalenie skóry,zapalenie węzłow chłonnych, wyglądał jakby miał 2 głowy, cały czas byłam przy nim , nie spałam wiele nocy.Ludzie mi mówili uśpij psa po co ma się męczyć, lecz ja się nie poddałam i w końcu wrócił do zdrowia, lecz nie na długo. Zauważyłam guz w okolicy odbytu, znów weterynarz i zabieg, był to ropniak, niezłośliwy.znów byłam przy nim. Niestety pózniej wróciła choroba stawów, pogarszało się, musial być cały czas na lekach. W swoje 10 urodziny dostał silny paraliż całej lewej strony,nie można było nic zrobić , do końca byłam przy nim.
Gdy zobaczyłam Pradę pomyślałam o psiaku, bo było pusto i smutno w domu.Gdy pojechałam ja odebrać, usłyszałam, że chorowała w maju, była szczuplutka, że spała w kojcu na podwórku.
Więc moim obowiązkiem i może zbyt dużą dbałością poszłam z nią do weterynarza.
Nie przypuszczałam, że tak to się skończy.Jeszcze raz przepraszam.
Mój labrador: Benek
Pies urodził się:
20 MARCA 2010
Pies urodził się: Pomogła: 1 raz Wiek: 50 Dołączyła: 10 Wrz 2011 Posty: 68 Skąd: Toruń
Wysłany: 11-10-2011, 09:59
Wiecie co to zaczyna być męczące . W miejscu gzie mnie Benek ugryzł (zaznaczam ze strachu) miałam opuchliznę i ślady zębów po dwóch dniach pojawił się siniak przez pierwsze 15 minut chciałam spanikowana go oddać i po chwili mnie oświeciło że gdyby chciał mi zagrozić to by mnie nieraz ugryzł i nie odpuścił . Po prostu nie poddałam się razem z mężem -udało się Benuś jest agresywny ale nauczyliśmy się go rozumieć i w jakich stanach to się zdarza. Dziś mając go półtora miesiąca mogę na 99% że nie zaatakuje moich dzieci oraz mnie i męża. Małgosia- ja niestety też miałam do czynienia z chorowitymi psiakami i niestety musiałam pomóc im się zmagać z chorobą i musiałam pomóc im odejść. Nie gniewaj się jednej rzeczy nie rozumiem skoro tyle widziałaś cierpienia u psiaków skąd ci przyszło do głowy by pozwolić weterynarzowi na te wszystkie badania? Mógł ją na spokojnie zważyć i udzielić ci rad co do pokarmu. Podejrzewam że to wywołało u niej ten stres i to zachowanie. Pozdrawiam zwariowana rodzinka
Gdy pojechałam ja odebrać, usłyszałam, że chorowała w maju, była szczuplutka, że spała w kojcu na podwórku.
Prada chorowała? Wybacz, ale ja nie kojarzę żeby Prada była chora... Jedyny problem jaki był chwilowy to , że miała sztywny tył, ale to przez brak mięśni...Prada nie chorowała na nic i wątpię, że Gosia udzieliła Ci takiej informacji.
Prada jest pod stałą opieką weterynarza, to że mieszkała na dworze to logiczne, bo to hotel kojcowy, a nie domowy, jednak bardzo często Gosia zabierała ją do domu.
Serduszko ma powiększone, ale niewiele, inne badania są w normie. Prada jest psem zdrowym więc, a jest szczupła bo ma sylwetkę psa sportowego i nie jest psem wychudzonym i zagłodzonym.
[ Dodano: 11-10-2011, 10:11 ]
magdalena 29 napisał/a:
Nie gniewaj się jednej rzeczy nie rozumiem skoro tyle widziałaś cierpienia u psiaków skąd ci przyszło do głowy by pozwolić weterynarzowi na te wszystkie badania?
Magda, weterynarz nie naciskał na badania - to wiem już na 100%,zresztą można to wyczytać na com.pl albo na info A Tobie dziękuję, że się nie poddałaś i dałaś szansę Benkowi
Tak, zostałam poinformowana, że Prada była chora przez Panią Gosię.Dostawała antybiotyki, że pozarażała również pozostałe psy.
[ Dodano: 11-10-2011, 11:02 ]
Wiem, że Prada ma troszkę powiększone serce, ze poza tym jest zdrowym psem.Wszystkie wyniki zabrała ode mnie Pani Gosia. bardzo chciałam by Prada została z Nami, lecz wybaczcie mi , mąż chciał zjeść obiad po 16 godzinnej pracy, a nie mógł przebywać w domu.Próbowaliśmy wszystkiego, nie udało się.
Przepraszam.
Tak, zostałam poinformowana, że Prada była chora przez Panią Gosię.Dostawała antybiotyki, że pozarażała również pozostałe psy.
A tak przepraszam, to był KK który zabrała ze schroniska, ale od maja minęło 5 miesięcy i z tego powodu nie trzeba było jej robić natychmiastowych badań, bo ona jak i reszta psów w hotelu wyzdrowiała już dawno temu.
Na przyszłość biorąc psa po przejściach o nie do końca znanej przeszłości pamiętaj aby pierwszego dnia nie zaciągać go do weterynarza na dziwne badania i w różne obce miejsca, bo to potem może się bardzo źle odbić na psychice takiego psa tak jak w przypadku Prady.
Przecież dla Prady , każde miejsce w DS jest obce. Musiałam z nią wychodzić, nawet na siku np.
Wybaczcie, lecz uważam, ze każde moje zdanie jest brane za negatywne.Więc cóż mam dalej pisać, by Was zadowolić. Przepraszałam wiele razy.Jestem tylko człowiekiem.
Tak, ale Gosia dała Ci wskazówki jak z nią postępować prawda? Żeby dać jej kilka dni spokoju...a wyjście do weterynarza na pobranie krwi RTG itd to dla psa bardzo duży dodatkowy stres.
A wystarczyło iść z nią na spacer aby się załatwiła w mniej zatłoczone miejsce i wrócić do domu i myślę, że problemu by nie było...Ale stało się.
Każdy niech wyciągnie własne wnioski aby więcej taka sytuacja się nie powtórzyła bo na tym cierpi tylko i wyłącznie pies w tym przypadku Pradziulka.
Chciałam Wam zadać tylko jedno ostatnie pytanie, czy Nikt z Was nigdy nie popełnił błędu?
Ja przeprosiłam, chociaż nadal uważam, ze postąpiłam dobrze.
Mogę przeprosić jeszcze wiele razy, lecz nie cofnę czasu.
A co do wychudzenia suni przystaje przy swoim, może to potwierdzić kilkanaście osób.W tym weterynarz i tylko dlatego z nią tam poszłam.
Jeszcze raz przepraszam.
[ Dodano: 11-10-2011, 12:06 ]
Mozna nawet się z nim skontaktować telefonicznie lub osobiście.
I jeszcze raz przepraszam.
Ostatnio zmieniony przez aganica 12-10-2011, 21:45, w całości zmieniany 1 raz
Z weterynarzem u którego byłaś z Pradą, pofatyguj się i wejdź na któreś z tych for gdzie temat Prady jest żywy, bo dziwi mnie fakt, że zalogowałaś się akurat na tym forum żeby wszystko napisać, a nie np na forum pod opieką którego jest Prada czyli na www.labradorretriever.com.pl
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach Nie możesz załączać plików na tym forum Możesz ściągać załączniki na tym forum